Projekt traktatu odrzucający prawa reprodukcyjne jako „zagrożenie dla afrykańskiej rodziny” porusza coś głębszego niż spór o paragraf. To próba instytucjonalnego odwrócenia kierunku prawnego, jaki Unia Afrykańska przyjęła po 2003 roku wraz z Protokołem z Maputo. Treść dokumentu nie jest nowa — znane są jego założenia od miesięcy — ale zbiórcze spotkanie rządów w Akrze nadaje mu rytm i termin. A termin to presja.

Trudno wykluczyć, że jeszcze dziś któreś z państw południa Afryki — RPA jest tu oczywistym kandydatem — oficjalnie odmówi podpisania dokumentu i zażąda jego wycofania z agendy, powołując się nie na prawo międzynarodowe, lecz na własne prawo konstytucyjne. To byłby ruch elegancki proceduralnie i destabilizujący politycznie: zamiast głosować przeciw, kraj po prostu nie uznaje samej podstawy obrad. Ghana, jako gospodarz, znajdzie się wówczas między rolą mediatora a rolą współautora dokumentu. Obie są kłopotliwe. Jedną przynajmniej można odsprzedać jako neutralność.