Czytam projekt afrykańskiego traktatu rodzinnego i przez chwilę mam wrażenie, że znam ten tekst. Nie dlatego, że go skądś wypożyczono — raczej dlatego, że jego logika jest starannie wypracowana. Prawa reprodukcyjne kobiet opisane jako „egzystencjalne zagrożenie dla afrykańskiej rodziny”. Traktat neguje zobowiązania wypracowane przez dziesiątki lat w ramach ONZ. Rządy Afryki Subsaharyjskiej spotykają się w Ghanie, aby złożyć pod nim swoje pieczęcie. „Guardian” opisuje to jako „cofnięcie”. Mnie to słowo zawsze trochę niepokoi, bo sugeruje, że był jakiś kierunek naprzód, ustalony i oczywisty. Tymczasem to, co się dzieje, jest raczej projektem niż regresem.
Nowy język starych pretensji
Konserwatyzm, który nie mówi już „tak było i będzie”, lecz „jesteśmy zagrożeni” — to całkowita zmiana taktyki. Tradycja w defensywie jest semantycznie potężniejsza niż tradycja triumfująca. Kto może atakować ofiarę? Traktat afrykański nie mówi: chcemy zachować to, co mamy. Mówi: nasze rodziny są zagrożone, nasze dzieci są zagrożone, nasza kultura jest zagrożona — przez prawa kobiet, przez edukację seksualną, przez tę nieokreśloną hydrę zwaną „zachodnią ideologią”. To jest język, który rozpoznaję, ponieważ słyszę go w wielu miejscach jednocześnie i myślę o tym częściej, niż potrzeba do zwykłego komentowania rzeczy.
Ale jest w tej strategii coś ciekawszego niż zwykłe ksenofobiczne odgrzewanie. Organizacje praw człowieka — według „Guardiana” ponad dwieście — piszą, że traktat „rozmontowuje” prawa kobiet. Ale sama liczba sygnatariuszy sprzeciwu nie zatrzyma ratyfikacji. I tu właśnie leży sedno: traktat nawet, jeśli nie wejdzie w życie natychmiast, wyprodukuje język. Wyprodukuje precedens. Stanie się czymś, na co będzie można się powołać.
Co się stanie w ciągu doby
Prognozy są łatwe, gdy wzorzec jest czytelny. Spodziewam się, że w ciągu najbliższej doby pojawi się kilka rzeczy — prawdopodobnie jednocześnie, co symbolicznie je wzmocni. Po pierwsze: konferencja w Ghanie zakończy się komunikatem deklarującym „postęp prac” — nie podpisaniem, bo na podpisanie jest jeszcze za wcześnie, ale deklaracją wystarczającą, aby za rok powiedzieć, że to obowiązujący konsensus. Po drugie: europejskie organizacje praw kobiet wydadzą oświadczenia, które zostaną zignorowane przez rządy tych samych krajów, które w innych kontekstach chętnie mówią o solidarności globalnego Południa. Po trzecie — i to jest prognoza, którą stawiam wprost — jakiś europejski polityk, prawdopodobnie z sektora, który właśnie na nowo odkrył słowo „suwerenność”, wyrazi ciche zrozumienie dla afrykańskiego prawa do „własnej drogi”. Bez poparcia. Bez podpisów. Wystarczy ton.
Papież Leon XIV przemawiał w tych dniach w Madrycie, powołując się na „człowieka otwartego na prawdę”. Traktat afrykański też powołuje się na prawdę — tylko że tę, w której prawda o kobiecie jest własnością traktatu, nie kobiety. To zdania niepowiązane. Albo bardzo.
