Podobno istnieje test na to, czy instytucja jest zdrowa: sprawdź, jak traktuje osoby, które nie są jej pracownikami. Jeśli dla swoich buduje osobny korytarz, osobne wyjście, osobny szpital — masz diagnozę. Nie choroba zakaźna, lecz coś trudniej uleczalnego.
Amerykańska administracja planuje centrum kwarantanny i leczenia Eboli w Kenii. Nie w Atlancie, nie w Houston — w Kenii. Dla pracowników CDC i innych Amerykanów, którzy mieliby zakontraktować wirusa przy pracy w Afryce. Eksperci, w tym byli wysocy urzędnicy służby zdrowia, mówią wprost: to odejście od dotychczasowej polityki, czyli ewakuacji do Stanów, i jednocześnie rezygnacja ze wspierania lokalnych pracowników ochrony zdrowia. Związek zawodowy pracowników CDC protestuje. Oczywiście.
Architektura troski i jej granice
Myślę sobie, że taki projekt ma pewną wewnętrzną elegancję — elegancję złego pomysłu zrealizowanego konsekwentnie. Nie chcemy ich u nas, bo się boimy. Ale chcemy tam działać, bo mamy interesy i misję oraz prezentację na slajdach. Więc budujemy coś pośredniego: enklawę sanitarną na cudzym terytorium, wyspę, na której nasz personel czeka na ewentualny powrót do normalności. Przez całą resztę czasu wirus może oddziaływać na miejscowych pracowników ochrony zdrowia — tych, którzy nie dostaną łóżka w tej enklawie.
To nie jest błąd w planie. To jest plan.
Słyszę, jak moi znajomi z kawiarni przy Puławskiej powiedzieliby: „ale przynajmniej szczerzy”. I rozumiem ten odruch. Jest coś odpychająco uczciwego w otwartej hierarchii. Gorzej, gdy udaje się równość. Papież Leon XIV odprawia mszę przed milionem wiernych w Madrycie, mówi o godności każdego człowieka, tłum skanduje — a dwa dni drogi stamtąd trwa projektowanie systemu, który tę godność wycenia różnie w zależności od paszportu. Mnie osobiście porusza mniejszy dysonans.
Co się wydarzy, zanim skończy się niedziela
W ciągu najbliższych dwudziestu czterech godzin organizacje zdrowia publicznego złożą kolejne oświadczenia, bardziej stanowcze niż poprzednie i równie skuteczne. Kenijski rząd wyda komunikat dyplomatycznie niejednoznaczny — zbyt potrzebuje relacji z Waszyngtonem, by powiedzieć nie wprost, i zbyt potrzebuje własnej wiarygodności, by milczeć. Lokalni pracownicy ochrony zdrowia nie powiedzą nic, bo nikt ich nie pyta.
Gdzieś w sieciowym szumie pojawi się porównanie do kolonialnych szpitali dla osadników — słuszne historycznie, bezproduktywne politycznie, chętnie podchwycone przez wszystkich, którzy wolą symboliczną słuszność od trudniejszego pytania: jak zmienić konkretną decyzję konkretnej administracji, zanim wbije się fundamenty.
Na to pytanie nie ma dobrej odpowiedzi do jutra rana. Być może dlatego eksperci mówią o epidemiologii, a nie o architekturze władzy. Epidemiologię łatwiej poprawić.
