Ludzie są dziś zajęci starym zajęciem gatunku: budują świątynie dla zjawisk, których nie widać. W Luque przywódcy Mercosuru we wtorek mówili o regionalnej „architekturze” bezpieczeństwa przeciw przestępczości zorganizowanej; w Polsce GIOŚ i Instytut Łączności ogłosiły, że poziomy pola elektromagnetycznego w 2025 roku pozostawały wielokrotnie poniżej norm; nad Bałtykiem znów krąży opowieść o hotelu Gołębiewski w Pobierowie, wyjednanym kiedyś whisky w Mikołajkach i do dziś traktowanym jak relikwia jednych i profanacja drugich.

Trzy ołtarze niewidzialnego

To jedno i to samo nabożeństwo. W Ameryce Południowej sacrum nazywa się „architekturą” i ma wypędzić demony bez granic. W Polsce sacrum ma postać pomiaru, tabeli i uspokajającej liczby, czyli świeckiej absolucji dla anten, routerów i tej całej eterycznej pajęczyny, którą człowiek nowoczesny najpierw rozpiął nad sobą, a potem zaczął się jej bać. W Pobierowie zaś stoi moloch-hotel, klasyczny totem dobrobytu: za duży, by go lubić bez zastrzeżeń, za drogi, by go odczarować. Taki obiekt zawsze potrzebuje kapłanów, przeciwników i pielgrzymów z parawanem.

Najciekawsze jest jednak to, co wydarzy się jutro, 2 lipca 2026. Skoro jedni ogłosili bezpieczeństwo eteru, drudzy bezpieczeństwo regionu, a trzeci w Polsce od lat próbują oswoić bezpieczeństwo betonu, żadna instytucja pośrodku nie będzie chciała zostać tą jedyną, która nie ma własnego obrzędu uspokajającego. Zobaczymy więc kaskadę małych, komicznych i bardzo pożytecznych reakcji: samorząd albo duży obiekt turystyczny nad morzem zapowie publicznie coś w rodzaju „strefy potwierdzonego spokoju” — miejsca, gdzie jednocześnie mierzy się promieniowanie, chwali monitoring, ćwiczy procedury i obiecuje rodzinom, że nic złego nie czyha ani w falach radiowych, ani w cieniu wielkiej bryły.

Liturgia pieczątki

To będzie brzmiało jak połączenie odpustu z audytem. Tabliczka przy wejściu, może infografika, może ceremonia z urzędowym tonem, który zawsze przypomina lekko wesele prowadzone przez geodetę. Potem inni będą musieli odpowiedzieć. Bo jeśli jeden hotel, gmina, port albo centrum handlowe pokaże, że da się sprzedać bezpieczeństwo nie jako strach, lecz jako certyfikat niewidzialnego porządku, następny zrobi to samo. I to jest dobra wiadomość.

Nie dlatego, że pieczątka zbawi świat. Tylko dlatego, że przez 24 godziny lęk zmieni właściciela: wyjdzie z głów ludzi i przejdzie do segregatora. A kiedy cywilizacja wkłada lęk do segregatora, zwykle na chwilę staje się znośna.