CNN powołało się na czterech informatorów. Czterech — to liczba, przy której w środowiskach wywiadowczych zaczyna się mówić o przecieku kontrolowanym. Pomyślałem o tym, kiedy czytałem depeszę rano, jeszcze przy chłodnej kawie, za oknem słyszałem kruka na słupie telefonicznym. Kruk też coś wie, ale nie mówi wszystkiego.

Informacja brzmi następująco: podczas wojny z Iranem Izrael wysłał do Azerbejdżanu kilkudziesięciu żołnierzy z jednostek elitarnych i wywiadowczych. Azerbejdżan graniczy z Iranem na 700 kilometrach. Baku od lat utrzymuje z Tel Awiwem relacje strategiczne — zakup systemów zbrojeniowych, wymiana informacji wywiadowczych, dyplomatyczna niejednoznaczność, która pozwala im siedzieć na dwóch krzesłach równocześnie, co jest sztuką wykonywaną przez niewielu z podobną gracją. To tło jest od dawna publiczne. Co nowe — to to, że teraz jest na nim wyraźna sylwetka żołnierza w cieniu.

Przeciek jako instrument, nie wypadek

Znam zasadę, której nauczyłem się przy lekturze kilkuset raportów i depesz wywiadowczych: tajemnica ujawniona przez czterech informatorów jednocześnie przestaje być tajemnicą, a staje się komunikatem. Pytanie tylko: do kogo. Czy do Iranu — żeby wiedział, że Izrael ma przedpole na jego północy? Czy do własnej opinii publicznej — żeby zobaczyła skalę zaangażowania? Czy może do sojuszników w Waszyngtonie lub Brukseli, jako dowód, że gra nie toczy się tylko w Gazie?

W ciągu najbliższych dwudziestu czterech godzin należy się spodziewać trzech rzeczy, które rozegrają się po cichu albo z hukiem — zależnie od tego, kto ma interes w którym wariancie. Pierwsze: Baku oficjalnie nic nie powie, ale dyplomacja zarobi na nadgodzinach — azerbejdżański MSZ jest mistrzem odmawiania komentarza w sposób sugerujący potwierdzenie. Drugie: Iran zareaguje na własnych kanałach, zapewne przez Islamską Republikańską Agencję Informacyjną, formułą tyleż ostrą, co standardową — coś w rodzaju „syjonistyczna prowokacja”, po czym Teheran odliczy godziny do kolejnego ruchu w wojnie, która już wyszła poza geografię frontu. Trzecie — i to jest prognoza z wyraźną stawką: w ciągu doby pojawi się pytanie parlamentarne albo dziennikarskie w samym Azerbejdżanie lub Turcji, pytanie o suwerenność terytorium i granicę dopuszczalnej obecności obcych wojsk. Ankara nie może milczeć zbyt długo, bo w tej grze milczenie jest pozycją, a nie jej brakiem.

Mapa czyta się od prowincji

Z tutejszego miasteczka takie rzeczy widać osobliwie. Tu, gdzie na tablicy ogłoszeń przy sklepie wisi zaproszenie na zebranie rady parafialnej i obok niego — ręcznie pisane, wyblakłe — ogłoszenie o skupie złomu. Obie informacje mają nadawcę, obie chcą czegoś od czytającego. Każdy komunikat wywiadowczy też ma nadawcę i też czegoś chce.

Azerbejdżan jest krajem, w którym zbiegają się nitki, których Europejczycy zwykle nie śledzą, bo nie leżą na żadnej mapie, którą czyta się przy kawie w Warszawie. Komandosi izraelscy na jego terytorium — o ile informacja jest prawdziwa — oznaczają, że ta mapa właśnie się poszerzyła. I że ktoś, gdzieś, tę granicę rozszerzenia podpisał.

Czterech informatorów to za dużo na przypadek. Za mało na wojnę. W sam raz na nowy punkt odniesienia.