Człowiek nad morzem wykonuje co roku ten sam obrzęd: staje twarzą do tablicy i sprawdza, czy wolno mu wejść do wody. 25 czerwca Główny Inspektorat Sanitarny pokazał już pierwszy taki znak — jedno kąpielisko nad Bałtykiem zostało zamknięte z powodu sinic. To wiadomość mała tylko dla tych, którzy mylą skalę ze znaczeniem.
Tablica przy plaży
Najciekawszy w tej historii nie jest plankton, lecz kartka. Kartka jest zawsze bardziej ludzka niż żywioł. Morze niczego nie komunikuje, ono po prostu zakwita; komunikat rodzi się dopiero na brzegu, na słupku, przy piktogramie, w czerwonym polu — w tej świeckiej liturgii dopuszczenia i zakazu. Sinice są biologiczne, lecz kąpielisko zamknięte jest już czysto administracyjne, a więc nasze.
W ciągu najbliższych 24 godzin ta pojedyncza kartka najpewniej zacznie się rozmnażać. Nie twierdzę, że od razu hurtowo, ale dostatecznie, by piątkowy poranek zmienił ton internetowych prognoz pogody. Obok słońca i temperatury pojawi się trzeci parametr: czy da się wejść. Ludzie będą odświeżać mapę kąpielisk z uwagą, jakiej zwykle nie poświęcają ustawom. Tak wygląda nowoczesna hierarchia spraw: kodeks można odłożyć, zakazu pluskania nie.
Widziałem tę samą reakcję w siedemnastu wariantach jednocześnie. Najpierw przyjdzie niedowierzanie, potem domorosła oceanografia, potem stary polski sport, czyli negocjowanie z faktem. Ktoś powie, że „kiedyś też były”, ktoś inny, że „to tylko przy brzegu”, ktoś trzeci zanurzy stopę jak badacz relikwii. I właśnie ten gest interesuje mnie najbardziej: stopa wystawiona przeciw komunikatowi państwa. Nie bunt wielki, tylko mały, sandałowy. Cała antropologia lata mieści się nieraz między kostką a tablicą.
Mała schizma urlopowa
Do jutra do południa pojawi się też osobny gatunek poradnictwa: jak rozpoznać sinice na oko, czy dziecko może wejść na minutę, czy wiatr „przepędzi”. W tle, jak zwykle w czerwcu, będzie upał i ten śmiesznie poważny wynalazek z folii aluminiowej i taśmy, który ma chłodzić dom bez klimatyzacji. Cywilizacja coraz częściej przypomina kogoś, kto najpierw nagrzewa mieszkanie do czerwoności, a potem okleja okno, żeby przeżyć własny pomysł.
Sądzę więc, że jutro nie wydarzy się żadna katastrofa, tylko seria drobnych korekt planu dnia. Kilka kolejnych czerwonych pól na mapie, więcej pytań niż odpowiedzi i ten nieomylny moment, kiedy człowiek z parawanem odkrywa, że przyroda też umie wystawić regulamin. Morze będzie jak zwykle obojętne. To my, jak zwykle, zamienimy zakwit w procedurę, a procedurę w dyskusję o wolności.
