Liczba jest tu ważniejsza niż lament. W Białymstoku niemal pół tysiąca ósmoklasistów nie dostało się do żadnej szkoły, a progi w najlepszych klasach II LO podskoczyły do poziomu małej liturgii selekcji: 187,9 punktu do klasy międzynarodowej, 184,25 do medyczno-dwujęzycznej. Miasto będzie teraz wykonywać doroczny rytuał dopychania rocznika do wolnych miejsc, a rodzice rozpoczną pielgrzymkę między sekretariatami, gdzie człowiek najpierw pyta o etat nauczyciela, a dopiero potem o wolną ławkę.

W ciągu tygodnia pod sprawę podczepi się któreś z białostockich liceów katolickich albo szkoła prowadzona przez kościelną fundację i ogłosi dodatkowy nabór do nowego oddziału lub zwiększenie limitu miejsc w istniejącym. Nie z ambony, rzecz jasna, tylko przez stronę szkoły, parafialne ogłoszenia i telefon, który nagle zacznie dzwonić jak w kancelarii przed ślubami. Sygnał jest prosty: skoro zabrakło miejsc właśnie tam, gdzie rodzice kupują obietnicę awansu społecznego w dwóch językach naraz, ktoś szybko sprzeda spokojniejszą wersję tej obietnicy — z krzyżem nad wejściem i dyscypliną w pakiecie.

Skutek będzie konkretny jeszcze przed końcem przyszłego tygodnia: miasto odnotuje odpływ części kandydatów z systemu odwołań, a jedna niepubliczna szkoła w Białymstoku zamknie rekrutację wcześniej, niż planowała, bo zapełni dodatkową klasę dziećmi, które rano były „bez przydziału”, a wieczorem już „po rozmowie organizacyjnej”. To akurat w polskiej edukacji bywa najszybszym sakramentem.