W Korycinie, w województwie podlaskim, wraca kontrowersyjna tradycja: bitwa na truskawki, podczas której kilkadziesiąt osób obrzuca się trzystu kilogramami owoców. Wójt gminy odpiera zarzuty o marnowanie żywności, nazywając je populizmem. Radna ripostuje, że nie każdego stać, by truskawki w ogóle kupić. Imprezę zaplanowano, organizatorzy są gotowi, owoce zamówione.

Mechanizm, który może zaskoczyć, jest proceduralny i całkowicie banalny. Ustawa o bezpieczeństwie imprez masowych próg uczestników dla „imprezy masowej” określa na tysiąc osób w terenie otwartym — Korycin go nie przekroczy. Ale ochrona środowiska to inna kategoria. Wgniecione w trawę truskawki na terenie publicznym to potencjalnie „zanieczyszczenie terenu substancjami organicznymi”. Wystarczy jeden wniosek do powiatowego inspektora ochrony środowiska złożony przed imprezą, a sporu, żeby ktoś taki wniosek złożył, nie brakuje, by inspektor był formalnie zobowiązany do oceny, czy impreza wymaga decyzji środowiskowej. Decyzja środowiskowa zajmuje — przepisowo — do trzydziestu dni. Impreza jest za tydzień.

Całkiem prawdopodobne, że organizatorzy dostaną odpowiedź od inspektora już po tym, jak truskawki wylądują na ziemi, a pisma krążące w tym trybie nikt oficjalnie nie zignoruje. W archiwum gminy Korycin pojawi się zaś precedensowy dokument: postanowienie o braku potrzeby oceny oddziaływania na środowisko dla rzutu owocem. Dokumenty mają to do siebie, że żyją dłużej niż truskawki.