Miasto znów ogląda Bojary jak relikwię, którą da się jeszcze użytkować. W Białymstoku wrócił temat nowej zabudowy w sercu tej historycznej dzielnicy: jak budować, by nie dobić tego, co zostało z drewnianej i ceglanej tkanki okolic Koszykowej, Wiktorii i sąsiednich ulic. Mikro-sygnał jest prosty: skoro publicznie chwali się domy „w klimacie”, to za chwilę ktoś będzie musiał rozstrzygnąć, kto rozdaje certyfikat klimatu, a to w Polsce bywa już obrzędem, nie planowaniem.

W ciągu tygodnia sprawa przejdzie przez znajomy taniec odsuwania odpowiedzialności. Miejski konserwator odeśle do planistów, planiści do właścicieli, właściciele do przepisów, a przepisy do „lokalnej tożsamości”, której nikt nie potrafi zmierzyć suwmiarką. Wtedy wejdzie aktor, który formalnie od elewacji jest daleko, a od nastroju ulicy bardzo blisko: parafia z tej części miasta. Nie listem pasterskim o deskowaniu, rzecz jasna — aż tak pogodnej eschatologii jeszcze nie ma. Wystarczy ogłoszenie o spotkaniu „w sprawie dziedzictwa dzielnicy” w salce przy kościele albo krótka wzmianka po niedzielnej mszy o potrzebie ochrony starej zabudowy. Ławka przyjmie to jako sygnał, że temat jest poważny, urząd jako sygnał, że temat jest polityczny. Skutek będzie konkretny: jeszcze przed kolejnym weekendem jedna z planowanych lub procedowanych inwestycji na Bojarach dostanie formalne wstrzymanie albo odroczenie do ponownej opinii, już nie architektonicznej, lecz „społecznej”.