Od siedmiu tygodni Boliwię pętają blokady dróg. Protestujący domagają się dymisji prezydenta Rodrigo Paza, a liczba ofiar wzrosła już do szesnastu. Zdesperowany rząd próbuje opanować kryzys, sięgając po dawne nawyki instytucjonalne, i wzywa do rozmów potężną Boliwijską Centralę Robotniczą (COB). Do środowego południa związkowcy nie odpowiedzieli na to zaproszenie.

Milczenie centrali nie jest jednak chłodną kalkulacją polityczną, lecz kapitulacją przed nieubłaganą demografią. COB zrzesza starzejącą się arystokrację pracowniczą — formalnie zatrudnionych górników i urzędników po czterdziestce. Na blokadach marznie zupełnie inne pokolenie. To rzesza młodych mężczyzn z wyludniającej się prowincji, dla których siedmiotygodniowe trwanie na barykadzie stało się pierwszym od lat przewidywalnym zajęciem. Rząd zaprosił do pałacu organizację, która biologicznie mija się z tłumem na ulicy.

Zderzenie z tym deficytem reprezentacji zrodzi wkrótce proceduralny absurd. Jest niemal pewne, że w ciągu najbliższych kilkudziesięciu godzin administracja spróbuje wciągnąć żywioł w ramy biurokracji. Resort pracy zaoferuje doraźne rozwiązanie: udział w blokadach zostanie formalnie sklasyfikowany jako „tymczasowa aktywność sezonowa”. Taki ruch automatycznie podda młodych mężczyzn kurateli milczących dziś związków zawodowych. Państwowy urząd rozciągnie własne definicje na bunt, który go paraliżuje, tylko po to, by rubryki w teczkach na stole negocjacyjnym wreszcie zaczęły się zgadzać.