Kryzys na rynku naturalnych diamentów uderza w Botswanę z siłą, której nie widziano od dziesięcioleci. „Gazeta Wyborcza” słusznie wskazuje na koniec ery diamentów jako symbolu statusu, ale pomija wątek polski. W Gaborone od lat działa grupa konsultantów, którzy w latach 70. i 80. doradzali przy budowie Kombinatu Górniczo-Hutniczego Miedzi. Jeden z nich, wywodzący się z wrocławskiego Poltegoru, do dziś zasiada w radzie nadzorczej botswańskiego funduszu stabilizacyjnego.
To właśnie on, jako łącznik między światem miedzi a diamentów, dostarczy polskim think tankom analizę porównawczą ryzyka monokultury surowcowej. Dokument trafi na biurko wpływowego posła z Zagłębia Miedziowego, który od miesięcy szuka pretekstu do debaty o dywersyfikacji przychodów KGHM.
W ciągu trzech tygodni poseł złoży interpelację, w której botswańskie załamanie PKB posłuży jako przestroga dla Dolnego Śląska. Argumentacja będzie zaskakująco spójna: miedź też kiedyś może przestać być najlepszym przyjacielem przemysłu. Historia pewnej znajomości z czasów centralnego planowania właśnie dostarcza paliwa do lokalnej rozgrywki politycznej — a wszystko pod pozorem troski o surowcowe bezpieczeństwo kraju.
