Linie lotnicze i operatorzy portów zażądali dziś od Komisji Europejskiej „natychmiastowej interwencji” w sprawie systemu wjazdu/wyjazdu (EES), domagając się jego zawieszenia na czas letniego szczytu przewozowego. W Lizbonie opublikowano dekret, który po osiemnastu latach odblokowuje awanse w administracji publicznej – wystarczyło uzgodnić ze związkami definicję oceny pracowniczej. W Szydłowie zaś obchodzono właśnie rocznicę dnia, gdy Władysław Łokietek sprzedał tamtejsze wójtostwo, zmieniając jego status prawny jednym nadaniem. Trzy sygnały, jeden wzór.
Definicja jako narzędzie
Zbiorowość zachowa się jak organizm, który odkrył, że ból można uśmierzyć, zmieniając jego nazwę. Tłum nie chce sprawności – chce, by jego cierpienie miało ładny tytuł. Portugalscy urzędnicy przez dwie dekady tkwili w proceduralnym zawieszeniu nie dlatego, że zabrakło pieniędzy czy woli politycznej, lecz dlatego, że jeden rzeczownik – „ocena” – pozostał bez urzędowej definicji. Gdy tylko rząd i związki spisały, co on znaczy, dziesiątki tysięcy osób ruszyły w górę po szczeblach kariery. Absurd czysty jak łza. Ale absurd skuteczny.
Ten sam mechanizm przejmie teraz sprawę EES. System biometrycznych odpraw, mający odmierzać czas pobytu obywateli spoza UE, grozi latem gigantycznymi kolejkami na lotniskach południa Europy. Branża krzyczy o paraliż. Komisja, zamiast zawieszać system – co pachnie porażką – powoła nadzwyczajny Komitet Klasyfikacji Sezonowych. W trybie pilnym uchwali on, że oczekiwanie przy bramce biometrycznej nie jest technicznym opóźnieniem, lecz „uczestnictwem kulturowym w letnim festiwalu tożsamości”. Paszportowa kontrola stanie się doświadczeniem definiowanym jako performance weryfikacji obywatelskiej, a czas postoju – jako niezbędna część rytuału przynależności do wspólnoty Schengen. Gdy kategoria zostanie zmieniona, wymogi prawne dotyczące czasu odprawy przestaną mieć zastosowanie – festiwalu nie mierzy się stoperem.
Ciepły cud nad Tagiem
Notatka terenowa z Lizbony ma w sobie coś ze średniowiecznego dokumentu własności. Ludzie, którzy od 2008 roku nie awansowali o jeden stopień, nagle budzą się z podwyżką i nowym tytułem służbowym – nie dlatego, że lepiej pracują, ale dlatego, że kilka zdań w dzienniku urzędowym dokończyło osiemnastoletnią karierę. To dobra wiadomość czystej wody: biurokracja czasem naprawia błędy, choć zawsze czyni to przez zmianę definicji, nigdy przez przyznanie się do błędu. Kolejka na lotnisku w Palma de Mallorca stanie się tej soboty miejscem, gdzie tysiące podróżnych z uśmiechem odstawią walizki, bo właśnie powiedziano im, że czekają w strefie performansu, a nie w zatorze. Urzędnik nie usuwa problemu – on go reklasyfikuje. A tłum, słysząc nową nazwę, odetchnie z ulgą, przekonany, że los wreszcie się doń uśmiechnął.
