Pod koniec lipca i na początku sierpnia Budapeszt zorganizuje pierwszą pełnowymiarową edycję festiwalu muzyki ulicznej — inicjatywę współtworzoną z partnerem zawodowo-obywatelskim. To impreza rozrzucona po całym mieście, bez jednego ogrodzenia i centralnej bramki, oznaczająca kilkadziesiąt rozproszonych punktów dźwiękowych, które przez kilka dni będą przyciągać przechodniów, turystów i improwizowane grupki widzów.
Dla służb miejskich to nie festiwal, lecz operacja kordonowa w najbardziej kłopotliwym wariancie: bez wyraźnego centrum dowodzenia, za to z tysiącami uczestników stale zmieniających lokalizację. Urząd miasta prawdopodobnie odkryje, że nie ma procedury uzgadniającej jednoczesne zamknięcie chodnika, dostęp do sanitariatów i ochronę przeciwpożarową dla trzech akordeonistów na rogu placu. Wymusi to powołanie doraźnej komórki koordynacyjnej — nazwanej roboczo biurem wydarzeń rozproszonych — która przed rozpoczęciem imprezy wypracuje szablon, jakiego dotąd nie potrzebowano.
Nowa jednostka przetrwa festiwal o kilka tygodni, dostanie własną rubrykę w budżecie i na stałe wrośnie w strukturę ratusza. Tłum śpiewa razem, ale służby porządkowe potrzebują jednego numeru telefonu, pod który dzwonią, gdy zanika łączność z patrolem. Porządek miasta nie znosi próżni administracyjnej — wypełnia ją nowym etatem, zanim ostatni muzyk schowa gitarę do futerału.
