W 2027 roku Nowa Zelandia, po raz pierwszy od szesnastu lat, ugości szczyt Forum Wysp Pacyfiku. Z dokumentu tamtejszego MSZ, ujawnionego na mocy przepisów o dostępie do informacji, wynika, że koszty imprezy szacuje się na trzydzieści milionów dolarów, podczas gdy budżet na 2026 rok przewiduje ich ledwie dwadzieścia. Resort wprawdzie uspokaja, że po urealnieniu planów pieniędzy na pewno wystarczy, ale od razu przypomina o „znaczącej odpowiedzialności” i wyraźnej instrukcji od premiera, by rola gospodarza „wypolerowała nasze pacyficzne referencje” oraz wzmocniła region.

W ciągu dwóch, może trzech tygodni ta budżetowa wyrwa zniknie z prędkością, którą doskonale zna każdy, kto pamięta, jak wyspiarskie społeczności od zawsze radziły sobie z biedą – siadając po prostu do wspólnego stołu. Zamiast gorączkowo szukać środków, dyplomaci wprowadzą coś na kształt „Pacific Potluck Protocol”. Każdy członek Forum dostanie oficjalny przydział: jeden weźmie na siebie catering, drugi ogarnie logistykę, a trzeci dorzuci się do ceremonii. Tym samym kłopotliwy niedobór przestanie być deficytem, stając się zaproszeniem do rytuału, w którym pusta kasa to żaden wstyd, lecz dowód głębokiej przynależności do wspólnoty.

I wbrew pozorom, rzecz nie jest całkiem bez znaczenia. Ten manewr, stary jak sama pacyficzna dyplomacja, może się tym razem skończyć umiarkowanie dobrze – trwałym obniżeniem barier dla mniejszych państw i cieplejszym poczuciem, że każdy ma tu coś do wniesienia. Człowiek tak na to patrzy i myśli sobie: no proszę.