W rejonie ulic Miodowej i Wczasowej w Bielsku-Białej deweloper planuje budowę osiedla złożonego z 19 budynków. Bulwary Straceńskie od lat pełnią tam rolę zielonego salonu miasta. Miejscowi urzędnicy przyznają jednak wprost: nie mają formalnych podstaw, by odmówić inwestorowi.

I tu zaczyna działać ciekawa mechanika. Brak miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego — co w polskich gminach jest sytuacją absolutnie standardową, niczym brak masła w sejmowym bufecie — oznacza, że inwestycja będzie procedowana w trybie decyzji o warunkach zabudowy. Decyzja ta wymaga zebrania opinii od kilku organów jednocześnie: zarządcy drogi, gestora sieci, organu do spraw środowiska, a niekiedy konserwatora. Każdy z nich ma ustawowy termin. I żaden nie lubi się spieszyć.

Całkiem możliwe, że w ciągu najbliższego tygodnia jeden z tych organów — na przykład regionalny zarząd gospodarki wodnej, zważywszy na bliskość terenów zalewowych i bulwarowy charakter miejsca — wyda opinię warunkową, która de facto zawiesi całą procedurę na bliżej nieokreślony czas. Deweloper otrzyma pismo z wezwaniem do uzupełnienia dokumentacji hydrogeologicznej. Bulwary przetrwają, chronione nie uchwałą o ochronie zieleni, lecz rubryką numer siedem w formularzu OŚ-1, w której ktoś postawi krzyżyk.