W Białostockim Centrum Onkologii jeden chirurg otrzymuje rocznie blisko 3 mln zł, wykonując większość operacji robotowych i pojawiając się w szpitalu niemal wyłącznie na czas zabiegów. To, co lokalnie jest rekordem województwa, dla reszty kraju staje się sygnałem.
W nadchodzącym tygodniu stawka 10 tysięcy złotych za jedną operację rozejdzie się po środowisku jako punkt odniesienia. Operatorzy w innych szpitalach dysponujących systemem da Vinci dostrzegą, że ich czas właśnie zyskał rynkową wycenę. Placówki, które mają tylko jednego lub dwóch wyszkolonych chirurgów, zaczną działać wyprzedzająco: ogłoszą konkursy ofert i podwyżki stawek, by z dnia na dzień nie zostać z pustą salą operacyjną. Nikt nie chce stracić operatora na rzecz konkurencji tylko dlatego, że w porę nie przedstawił mu lepszej umowy.
Rynek nigdy nie uczy się od razu — najpierw panikuje, a potem buduje podaż. Już w piątek warszawska uczelnia medyczna ogłosi dodatkowe miejsca na kursach chirurgii robotowej, a NFZ zapowie ekspresową ścieżkę wyceny tych procedur w kolejnych wskazaniach. System w tydzień odkryje, że nie stać go na monopol pojedynczego nazwiska — i to odkrycie, po raz pierwszy od lat, zadziała na korzyść pacjenta.
