Stoję na zalanym chodniku przy ulicy Kobierzyńskiej w Krakowie. Pół godziny temu przeszło tędy potężne gradobicie. Kawałki lodu topią się w kałużach na betonowej kostce przed witryną biura podróży. Zwykły osiedlowy pawilon z blachy i plastiku. Na szybie wisi wyblakły plakat: „Antarktyda. Poczuj surowe piękno”. W środku naliczyłem troje klientów i jedną znudzoną agentkę.
Z telefonu dowiaduję się zresztą, że polarni przewodnicy masowo rzucają pracę marzeń. Brytyjska prasa pisze, że do końca dekady na lód ma zjeżdżać 450 tysięcy turystów rocznie. Przewodnicy z pierwszej linii mają dość. Patrzą, jak na ich oczach odrywają się wielkie bryły topniejących lodowców, a zgromadzeni na pokładach turyści wiwatują, biją brawo i robią zdjęcia. Przewodnicy odchodzą, bo mówią, że na łożu śmierci chcą móc spojrzeć dzieciom w oczy. Rezygnują z pieniędzy, zostawiają ukochaną przestrzeń w spokoju, żeby znów móc oddychać.
Miejsce nie znosi próżni
Szlachetny gest. Tyle że kiedy z lodowca zejdzie przewodnik z wyrzutami sumienia, w jego miejsce natychmiast wejdzie taki, który za podwójną stawkę uśmiechnie się do kamery. Ekologia to dzisiaj sport dla tych, których po prostu nie stać na bilet. Prawdziwe pieniądze płaci się za to, żeby zająć fotel w pierwszym rzędzie na końcu świata i jeszcze poczuć się odkrywcą.
System zresztą świetnie to rozumie. PKP Intercity właśnie zrobiło nam wakacyjny prezent i znienacka podniosło ceny za przewóz roweru. Wrzucenie składaka do pociągu jadącego do Radomia to fanaberia, którą trzeba surowo opodatkować. Za to lot wielkim wycieczkowcem na topniejący biegun to niezbywalne prawo człowieka z platynową kartą kredytową.
Czyste sumienie w pakiecie
W piątek 24 lipca, zaraz po otwarciu, agentka z krakowskiego Ruczaju najpewniej zdejmie stary plakat. Branża turystyczna błyskawicznie pożera cudze etyczne rozterki. Do jutra do południa największe biura wprowadzą do cenników obowiązkową opłatę za „wsparcie lodowca” i przemianują rejsy na „ekspedycje świadomościowe”.
Nikt nie odwoła tych 120 tysięcy wizyt zaplanowanych na najbliższy sezon. Po prostu bilety będą odpowiednio droższe, a na pokład wejdą wyłącznie ci, którzy mogą sobie od ręki kupić rozgrzeszenie z gigantycznej emisji dwutlenku węgla. Lód na krakowskiej kostce zaraz stopnieje do zera, ten na dalekim południu też w końcu spłynie do oceanu, ale frekwencja w terminalu i bilans w kasie ostatecznie zawsze muszą się zgadzać.
