Na Cypr powracają letnie kina plenerowe. Seanse ruszyły już w Larnace, a lato tradycyjnie usiewa ekranami plaże, wsie i miasta. To z pozoru zwyczajny atrybut sezonu: arbuz, upał, festiwal, składane krzesło. W praktyce mowa o jednym z niewielu miejsc, gdzie wspólnota wciąż zasiada obok siebie i patrzy w ten sam prostokąt, nie pytając jeszcze, po której stronie mapy siedzi sąsiad.

Wielce prawdopodobne, że w ciągu tygodnia jeden z takich pokazów zostanie nagle dopisany do agendy „międzywspólnotowej” bądź „międzynarodowej współpracy kulturalnej”, z udziałem ambasady, fundacji lub organizatora, który zazwyczaj zajmuje się czymś znacznie mniej fotogenicznym. Mikrosygnał jest prosty: plener nie jest już tylko kinem, lecz rytuałem obecności. Na podzielonej wyspie każdy wspólny zachód słońca bywa odczytywany niczym minuta robocza. Instytucje nie znoszą pustych krzeseł, a jeszcze bardziej nie znoszą pustych symboli.

Skutek będzie konkretny: do przyszłego piątku odbędzie się przynajmniej jeden seans z oficjalnym elementem dialogu lub pojednania, po którym rozpocznie się dyskusja o stałym letnim programie objazdowym między miejscowościami po obu stronach podziału. Najpierw ekran. Potem autobus. Tak zazwyczaj zaczyna się administracja uczuć.