Pomysł, że Delhi wydaje miliardy na przyczółek w Cieśninie Malakka wyłącznie po to, by straszyć Pekin, jest krzepiący — ale błędny. Prawdziwa decyzja zapadła nie w New Delhi, lecz w londyńskim City, gdy fundusz infrastrukturalny szukał okazji poza przegrzanym rynkiem zielonych obligacji. Militarna narracja okazała się wygodnym opakowaniem dla produktu finansowego, który potrzebował jedynie wiarygodnej obietnicy długoterminowego strumienia przychodów.
Wszystko wskazuje na to, że jeszcze przed weekendem konsorcjum Indian Ocean Green Growth Fund — zarejestrowane w Singapurze, zarządzane przez byłych analityków z Mayfair — roześle ostateczną dokumentację ofertową. W poniedziałek rano, zanim rynki otworzą się w Europie, ruszy zapis na obligacje serii „Nicobar I”. Pieniądze mają sfinansować głębokowodny terminal i pas startowy, a w prospekcie emisyjnym znajdzie się fraza „odporność łańcuchów dostaw na napięcia geopolityczne”, która u wszystkich wywoła uśmiech — i żadnych pytań.
W praktyce oznacza to, że londyński bankier udziela Delhi kredytu na odstraszanie Chin, a chiński fundusz hedgingowy ten sam dług przecenia i odsprzedaje do Singapuru z marżą, zanim pierwszy żołnierz postawi stopę na wyspie. Geopolityka wraca więc do swojej najczystszej formy — notowanej na giełdzie.
