Na Jasnej Górze, podczas programowej uroczystości „Naszego Dziennika”, padło zdanie o tym, by polskie dzieci „nie były deprawowane w szkołach”. Nie było to zdanie marginalne — znalazło się obok apelu o uczestnictwo w lekcjach religii i wpisano je w kontekst Jasnogórskich Ślubów Narodu. To nie jest skarga. To jest akt oskarżenia.

Można było powiedzieć „demoralizowane” — słowo prawne, obecne w ustawie o postępowaniu w sprawach nieletnich, zobowiązujące do wskazania konkretnego zachowania. Można było powiedzieć „szkodliwie wpływane” — fraza administracyjna, wymagająca podmiotu sprawczego i dowodu. Można było powiedzieć „indoktrynowane” — które przenosi ciężar na instytucję, nie na dziecko. Wybrano „deprawowane”: słowo, które lokuje zło w samym akcie kontaktu ze szkołą i nie wymaga żadnego uzupełnienia.

„Deprawowanie” robi pracę, której inne słowa nie wykonają. Nie musi wskazywać sprawcy — sprawcą jest środowisko. Nie musi podawać dowodu — wystarczy sam kontakt z tym, co nienazwane. Słowo uruchamia model myślowy, w którym szkoła publiczna jest przestrzenią patogenną z definicji, a rodzic — strażnikiem przy bramie. Ten model nie jest nowy, ale wypowiedzenie go w miejscu o silnym ładunku symbolicznym, w formule zbiorowej modlitwy, nadaje mu charakter diagnostyczny: mówca nie opisuje problemu, mówca uświęca kategorię zagrożenia.

W ciągu 24–72 godzin słowo wróci w jednym z dwóch kontekstów. Albo jako echo w mediach prawicowych komentujących raport o edukacji seksualnej lub lekcjach religii, albo w wypowiedzi parlamentarzysty nawiązującego do uroczystości jasnogórskiej jako do źródła mandatu. Zniknie, gdy pojawi się konkretna sprawa sądowa lub ministerialny komunikat — wtedy narracja będzie musiała zejść z poziomu słów do poziomu faktów, a „deprawowanie” nie znosi faktów dobrze.