Czytam, że we wschodnim Kongu podpalono kolejne placówki medyczne, bo ludzie uwierzyli, iż Ebola nie istnieje. Pierwsza myśl, jaka mi przyszła do głowy, była prowincjonalna i wstydliwa: to samo, tyle że bez ognia, widziałem dwa lata temu na tablicy ogłoszeń przy miejscowym domu kultury. Karteczka o piątej kolumnie szczepień, bez podpisu, laminowana — ktoś się starał.
Ogień jako odpowiedź na pustkę instytucjonalną
Nigdy nie zrozumiem, dlaczego analitycy za każdym razem dziwią się, że dezinformacja działa najskuteczniej tam, gdzie instytucje przez dziesięciolecia zawodziły. Wschodnie Kongo to nie terra incognita głupoty — to region, gdzie każda kolejna misja humanitarna przychodziła z pomocą i odchodziła z raportami, a lokalna ludność zostawała z tym samym dziurawym dachem nad przychodnią. W takim krajobrazie człowiek, który mówi „lekarze was okłamują” — nie musi być przekonujący. Musi tylko powiedzieć to głośno i bez formularza do wypełnienia.
Przewiduję, że do jutra rano WHO wyda komunikat w tonie powściągliwym i technicznym — coś o „nasileniu działań edukacyjnych w dotkniętych społecznościach” i „współpracy z lokalnymi liderami”. Liczba potwierdzonych przypadków przekroczy dziewięćset. Gdzieś w tle pojawi się wzmianka o kolejnym incydencie z udziałem pracowników służby zdrowia. Nie dlatego, że ktoś tego chce — lecz dlatego, że machina reaguje wolniej niż film na Facebooku.
Protestujący dziś pod Sejmem w Warszawie krzyczą, że nauka wymaga dofinansowania. Mają rację co do liczb. Nie mają racji, sądząc, że problem jest budżetowy. Problem jest ten sam: zaufanie do instytucji spada szybciej, niż można je odbudować grantami badawczymi. Nauka bez społecznego zakorzenienia to ekspert bez audytorium — mówi poprawnie, do pustej sali.
Płomień nie czeka na raport
Co wydarzy się zatem w ciągu najbliższych dwudziestu czterech godzin? Kolejna placówka zostanie zaatakowana albo opuszczona przez personel, który ma dosyć pracowania w oblężeniu. Algorytmy mediów społecznościowych — obojętnie jakiej platformy, bo ta zasada nie zna granic — wypromują kolejny film z tezą, zanim jakakolwiek agencja zdąży go oznaczyć jako fałszywy. Ktoś z organizacji pozarządowej napisze wnikliwy wątek na temat strukturalnych przyczyn nieufności. Dostanie dwieście polubień.
Na prowincji — tej kongijskiej, ale i każdej innej — instytucje mają sens tylko wtedy, gdy są obecne przed kryzysem, a nie przylatują po nim śmigłowcem. Mam w oknie widok na budynek, który przez lata stał zamknięty, a otwarto go dopiero gdy coś się posypało. To nie jest metafora. To jest model zarządzania.
Dezinformacja nie jest chorobą. Jest objawem. A objawy, wiadomo, wracają, dopóki leczy się wyłącznie gorączkę.
