W bułgarskiej Dolinie Brzoskwiń, tam w regionie Sliwen, producenci poważnie rozważają karczowanie sadów. Przetwórnie dają ledwie 37 centów za kilogram – dokładnie tyle samo, co rok temu – podczas gdy koszty nawozów, paliwa, oprysków i samej pracy skoczyły o dobre 25–30 procent. Taki Apostoł Ewtimow mówi bez ogródek, że po prostu wyrwie drzewa, bo wydatki już dawno zjadły mu zyski. Z kolei Kosta Petrow z Bułgarskiego Stowarzyszenia Brzoskwiniowego przypomina starą rynkową prawdę: cenę i tak dyktuje Grecja, która produkuje pięćdziesiąt razy więcej, tymczasem bułgarscy rolnicy wciąż dłubią każdy sobie, bez żadnej porządnej organizacji.

Znamy ten schemat aż za dobrze – pamięta go każdy, kto śledził losy greckich oliwek w czasach kryzysu zadłużenia. Kiedy produkcja przestaje się bilansować, unijne instytucje, zamiast z honorem przyznać się do porażki, wolą płacić za utrzymanie ładnego widoku. Mikroproblem jednego bułgarskiego regionu może tym razem zadziałać jak potężna dźwignia. Jeszcze w tym tygodniu Komisja Europejska najpewniej ogłosi przyspieszone konsultacje w sprawie „zachowania krajobrazu owocowego” w państwach członkowskich o niskim stopniu zrzeszenia producentów. Efekt będzie boleśnie precyzyjny: Bułgaria dostanie pierwszy unijny pilotaż dopłat za niewyrywanie drzew brzoskwiniowych.

Krótko mówiąc: zamiast kompotu będziemy produkować narrację o ocaleniu dziedzictwa. Rolnicy, zamiast sprzedawać owoce, zaczną po prostu fakturować sam fakt istnienia sadu. A to rzecz wcale nie bez znaczenia dla zrozumienia, jak dzisiejsza Europa radzi sobie z banalnym faktem, że coś po prostu przestało się opłacać.