Na gdańskim Jarmarku św. Dominika pierwsze wrażenia są jak zwykle ziemskie: tłum, ceny, gofry i nowinki w rodzaju „baru mlecznego drugiej generacji”. Rzecz dzieje się od soboty w centrum miasta, pod szyldem imprezy, która nosi imię świętego, a coraz bardziej przypomina dobrze zarządzany rytuał konsumpcyjny z identyfikatorem na smyczy.
W ciągu dwóch, trzech tygodni kłopot zacznie wędrować od biurka do biurka. Organizator powie, że odpowiada za handel i bezpieczeństwo, a nie za ton święta. Miasto uzna, że to wydarzenie kulturalne i turystyczne. Dominikanie przypomną, że patron jednak nie jest maskotką sezonu. Kuria długo nic nie powie, po czym zrobi rzecz drobną, lecz skuteczną: ogłosi osobny program modlitw i mszy „w ramach odpustu św. Dominika”, poza głównym obiegiem jarmarku.
To uruchomi świecką pokutę w wersji samorządowej. Jeszcze przed połową sierpnia organizatorzy wydzielą na terenie imprezy nową, wyraźnie opisaną strefę wydarzeń religijnych i rodzinnych, z innymi godzinami nagłośnienia niż w pozostałej części jarmarku. Niby detal. W praktyce będzie to pierwsza korekta mapy handlu pod dyktando ambony, choć goście jarmarku przyjdą w to miejsce głównie po to, by usiąść na ławce z lemoniadą.
