Oto w Dąbrowie Górniczej pewna lankijska rodzina otwiera restaurację, spełniając tym samym marzenie swojego dwunastoletniego syna. Wyobraźcie to sobie: rodzinna kronika, spisywana od tysiąca lat na palmowych liściach, zyskuje właśnie zupełnie niespodziewany, polski rozdział.

Patrzcie państwo. Założę się, że w ciągu zaledwie tygodnia to wcale nie Polacy będą z uprzejmą wyższością „akceptować” nową kuchnię. To lankijska rodzina zacznie tu ustalać, co w tej okolicy tak naprawdę znaczy wspólny stół. Lokalni restauratorzy i notable, zamiast nadętym tonem pouczać, sami zaczną prosić o lekcje. Wystarczyło zaledwie jedno dziecięce marzenie, by uruchomić stary, dobrze mi znany mechanizm: aspirację kupowaną talerzem. Przerabialiśmy to samo w 1994 roku, gdy pierwsze tureckie budki z kebabem uczyły krakowskich studentów, że street food potrafi być biletem do towarzystwa. Schemat niby znamy na wylot, a jednak tym razem coś w nim pęka. Zamiast wyuczonej, udawanej tolerancji obudzi się w ludziach szczera ciekawość. I cała rzecz skończy się umiarkowanie dobrze — Dąbrowa zyska nie tylko nową restaurację, ale też ów rzadki moment, kiedy przybysz naprawdę staje się gospodarzem.