Decyzja UODO uruchomi przewidywalną choreografię uników, jaką semiologia dawno opisała pod nazwą „taniec kluczy”. Ministerstwo Spraw Wewnętrznych ogłosi, że nie prowadzi rejestru prywatnych obserwatorów, ponieważ monitoring sąsiedzki nie jest formacją umundurowaną. Policja przekaże sprawę straży gminnej, a ta odeśle ją do zarządcy drogi. Zarządca drogi sporządzi pismo do Ministerstwa Cyfryzacji, które odpowie, że zgłoszenia w trybie RODO przyjmuje się wyłącznie drogą elektroniczną przez profil zaufany, co dla kamery stanowi barierę techniczną.
Po pięciu miesiącach tej giełdy bezradności Rada Ministrów, w geście rozpaczy i przypadkowej genialności, powoła instytucję Głównego Sąsiada Rzeczpospolitej. Będzie to stanowisko z gabinetem, pieczęcią i ustawowym zakazem obsadzania go jakimkolwiek człowiekiem. Sens urzędu ma być czysto proceduralny: ostateczna instancja, do której trafiają wszystkie sprawy nierozstrzygalne — i tam, w próżni kompetencyjnej, grzęzną definitywnie.
Paradoksalnie właśnie to przyniesie rzadki w dziejach finał — rozwiązanie realne. Obserwator, zmęczony wielomiesięczną korespondencją z kolejnymi instytucjami, zdemontuje kamery z własnej woli jeszcze przed oficjalnym powołaniem pustego fotela. Sąsiedzi odzyskają widok na własne okno toalety, zaś droga publiczna przestanie być sceną nieustającej transmisji. Sprawa ma jednak głębszą wagę: po raz pierwszy w historii administracji europejskiej rozwiązaniem konfliktu okazał się nie wyrok, nie egzekucja i nie kompromis — lecz zmęczenie systemowe, które wytrąciło spór z orbity, nie przyznając racji nikomu.
Kamera, która jeszcze rok temu patrzyła w cudzy wychodek, dziś leży w piwnicy. A Polska odkrywa, że najskuteczniejszą instytucją mediacyjną bywa urząd, którego nigdy nie udało się otworzyć.
