W niedzielę 5 lipca, tuż po zachodzie słońca, na przedmieściach Libreville, w dzielnicy Akournam, usłyszałem dźwięk, który powraca w tym mieście jak stara melodia: warkot generatora. Nie był to pojedynczy, rytmiczny stukot diesla, ale chór – kilka, może kilkanaście maszyn w promieniu dwustu metrów, odpowiadających sobie nawzajem, jakby cała okolica uczyła się nowego narzecza. Dziesięć dni wcześniej, 25 czerwca 2026 roku, gaboński rząd podpisał dekret rozdzielający działalność wodociągową i energetyczną Société d’Énergie et d’Eau du Gabon. Na papierze sprawa wydawała się techniczna: dwie spółki zamiast jednej, osobne budżety, osobne zarządy. W powietrzu nad Akournam oznaczała jednak coś innego – milczenie liczników, które przestały być czyjąkolwiek jednoznaczną własnością.
Ciało, które dzielą, ale duch pozostaje w przewodach
SEEG powstała w 1963 roku, trzy lata po odzyskaniu niepodległości. Była jednym z tych organizmów, które w krajach postkolonialnych stawały się nie tyle przedsiębiorstwem, ile przedłużeniem państwa – zapewniała prąd, wodę, zatrudnienie i, przy okazji, dawała poczucie, że stolica ma kręgosłup. Przez dekady Gabon opierał swój dobrobyt na ropie, ale od 2014 roku, gdy ceny baryłki poleciały w dół, także SEEG zaczęła przypominać pacjenta pod kroplówką – z przestarzałą infrastrukturą, długami wobec dostawców i systemem ściągania należności, który działał gorzej niż same dostawy prądu. Podział spółki, ogłoszony teraz, w samym środku mundialu i pory suchej, miał być remedium: rozdzielić, by uzdrowić. Tylko że nikt nie zdążył sprecyzować, które długi zostaną przypisane do poszczególnych części, ani czy stare liczniki pozostaną w ewidencji nowej spółki elektrycznej, czy może obu naraz.
Człowiek, który podlewa antenę
Jean-Baptiste Mboumba, lat czterdzieści osiem, technik linii średniego napięcia, od dwudziestu lat wstaje o piątej i pije miętową herbatę z emaliowanego kubka, zanim założy pomarańczowy kombinezon. Jego dom stoi przy piaszczystej ulicy w dzielnicy Derrière la Prison, gdzie przewody wiszą tak nisko, że dotyka się ich głową podczas wieszania prania. Gdy spotkałem go 6 lipca, podlewał właśnie betonową podstawę anteny telewizyjnej – nie z troski o odbiór, ale dlatego, że żona kazała mu zrobić cokolwiek, dopóki nie ma prądu. – W radiu mówili, że od dziś prąd nazywa się inaczej – powiedział, nie odrywając wzroku od węża. – Może dlatego przestał działać. Antoinette Ndong, lat trzydzieści pięć, prowadzi przy głównej drodze w Nzeng-Ayong barek z napojami, w którym jedynym jasnym punktem po zmroku jest oszklona lodówka z piwem Régab. Jej rachunek za czerwiec przyszedł jeszcze z logo SEEG, ale na blankiecie ktoś dopisał długopisem: „płatne na konto przejściowe”. – Nie zapłacę, dopóki nie będę wiedziała, kto ma klucz do skrzynki bezpieczników – oznajmiła, układając puszki w idealnym szeregu. Ludzie dzielący prąd na części nie przewidzieli, że strach też się dzieli – i rozmnaża.
Trzy tygodnie, w których światło stało się plotką
Już w poniedziałek 29 czerwca, cztery dni po dekrecie, związki zawodowe SEEG ogłosiły, że nie uznają podziału, dopóki nie dostaną gwarancji zatrudnienia. Minister energetyki Didier Nguema Obame wystąpił w telewizji we wtorek wieczorem i zapewnił, że „żaden pracownik nie straci etatu”. W odpowiedzi, w środę 1 lipca, w dzielnicach Nzeng-Ayong i Akournam na cztery godziny zgasło światło. Oficjalny komunikat winą obarczył „przełączenie systemów bilingowych”. W kolejny weekend, 4–5 lipca, sprzedaż generatorów benzynowych w sklepach przy Avenue Léon Mba wzrosła o trzysta procent – właściciel składu technicznego, pan Alphonse, powiedział mi, że dawno nie widział takiego ruchu poza okresem wyborczym. 8 lipca woda w kranach północnego Libreville przestała płynąć na cały dzień; powodem miała być awaria pompy, ale nikt nie potrafił wskazać, która spółka odpowiada za jej naprawę. Do 12 lipca cena świec w hurcie podskoczyła o połowę. Antoinette zaczęła zapisywać w zeszycie każdy zanik napięcia – do 15 lipca naliczyła ich siedem. Jean-Baptiste dostał pismo: od 1 sierpnia przechodzi do nowej Société Gabonaise d’Électricité, ale jego stanowisko opisano jako „weryfikacja w toku”. – Jedno słowo zmienili, resztę zostawili pustą – zauważył, składając kartkę na cztery równe części.
Niepewność ma własną siłę napędową – wystarczy jej jeden dzień ciszy, by wytworzyć tyle niepokoju, co turbina.
Milczenie po ostatnim kwicie
W poniedziałek 20 lipca, wczesnym wieczorem, wróciłem na ulicę, przy której mieszka Antoinette. Beton parował po popołudniowym deszczu – pierwszym od tygodni, bo pora sucha powoli pękała. Jej lodówka milczała, ale z otwartych drzwi baru biło ciepłe, migoczące światło: rząd świec ustawionych na ladzie, w równych odstępach, jakby witały klientów nadal przekonanych, że piwo można pić tylko schłodzone. Antoinette siedziała na stołku i oglądała wyświetlacz telefonu – transmisję powtórki meczu, który Senegal wygrał dwa dni wcześniej. – Przynajmniej oni wiedzieli, gdzie jest bramka – mruknęła, nie unosząc głowy. Na zewnątrz, od strony Akournam, nadleciał znajomy dźwięk generatora, dołączył drugi, potem trzeci – chór, który w ciągu dwóch tygodni stał się nowym głosem miasta, zastępującym radiowe ogłoszenia i rządowe komunikaty. Wystarczyło kilka tygodni, by cała dzielnica zrozumiała, że światło ma teraz wiele nazwisk, ale żadne z nich nie gwarantuje, że zapali się następnego dnia.
