Trzy osoby z potwierdzonym ebolą opuściły klinikę. Gubernator prowincji to ogłosił. To znaczy, że liczba uciekinierów jest wyższa.
Tak działa każda epidemia w strefie konfliktu: oficjalna liczba to podłoga, nie sufit. Personel medyczny notuje tylko to, co zdąży zanotować, zanim zostanie zmuszony do ewakuacji. Milicja powiązana z Państwem Islamskim zaatakowała okolice Beni. Ponad trzydzieści ofiar. Punkty zdrowotne przestały funkcjonować. Pacjenci rozeszli się w nocy.
Nie ma w tym żadnej nowości. Dokładnie ten sam scenariusz przerabialiśmy podczas epidemii z lat 2018–2020 w tym samym Kiwu Północnym — wtedy też ratownicy MSF musieli się wycofać, też tracono kontakt z chorymi, też gubernator wydawał oświadczenia, które brzmiały jak zamknięcie sprawy, nie jak otwarcie działań. Historia wschodniej Afryki Środkowej ma tę właściwość, że powtarza się z precyzją kserografu: nieco bladsza kopia, ale ten sam formularz.
Organizacje pomocowe liczą do trzech i milkną
W ciągu najbliższych dwudziestu czterech godzin WHO wyda komunikat. Będzie w nim słowo „monitorujemy”. Będzie też zdanie o „trudnym dostępie do dotkniętych obszarów” i „ścisłej współpracy z władzami lokalnymi”. To ostatnie zdanie jest osobliwością: władze lokalne to gubernator, który właśnie poinformował świat, że jego kliniki stoją otworem, a chorzy zniknęli w buszu.
Organizacje terenowe — te, które naprawdę wiedzą — będą milczeć dłużej. Nie dlatego, że ukrywają. Dlatego, że tracą łączność z placówkami, gdy milicja przechodzi przez okolicę. Cisza operacyjna zostanie zinterpretowana przez agencje prasowe jako brak poważniejszych doniesień. Jutro rano cykl informacyjny zajmie się czymś innym: jakimś szczytem, jakimś rakietowym incydentem na Bliskim Wschodzie, jakimś telefonem między przywódcami.
Ebola nie ma konferencji prasowych. Wirus przemieszcza się z prędkością człowieka w panice — czyli całkiem sprawnie.
Prognoza na jutro rano
Do czwartkowego wieczoru pojawi się jedno z dwojga: albo informacja o kolejnych uciekinierach z izolacji — podana ostrożnie, jako „niepotwierdzony raport terenowy” — albo zupełna cisza, którą ktoś w Genewie nazwie „stabilizacją sytuacji”. Obie wersje są złe, przy czym cisza jest gorsza.
Zarządzanie epidemią w aktywnej strefie konfliktu to problem, którego świat rozwiązuje od dziesięcioleci w trybie doraźnym i zawsze ze zdziwieniem. Za każdym razem odkrywamy, że nie można szczepić ludzi, których nie można znaleźć, i nie można znaleźć ludzi, gdy ktoś strzela.
Trzy osoby wyszły z kliniki. Wirus jest inkubowany od dwóch do dwudziestu jeden dni. Tyle matematyki potrzeba.
