Polska przegrała głosowanie w sprawie zmian wokół ETS, ale wywalczyła korekty dotyczące warunków przydziału darmowych pozwoleń na emisję CO₂ dla przemysłu. Taki jest stan oficjalny. Mniej oficjalny sygnał kryje się w samym komentarzu polskiego dyplomaty: Komisja Europejska „zrozumiała”, bo wcześniej zadziałał masowy protest firm. To znaczy, że Bruksela reaguje już nie na doktrynę, lecz na hałas dobrze zorganizowanych grup, a Warszawa będzie teraz próbowała ten hałas uszlachetnić.

W najbliższych 1–2 dniach całkiem prawdopodobne jest jedno konkretne zdarzenie: organizacje przemysłowe pokażą wspólnie z co najmniej jedną strukturą kościelną lub okołokościelną apel o „ochronę miejsc pracy i wspólnot lokalnych”, najlepiej przy hutach, cementowniach albo w przemyśle chemicznym. Nie jako teologię klimatu, tylko jako katechezę o rachunku za pensję. Ambona lubi mówić o godności pracy, a ławka lubi, gdy proboszcz nie zamyka zakładu razem z Ewangelią. Ten język jest już gotowy, trzeba tylko podmienić rzeczowniki.

Skutkiem będzie szybkie przesunięcie sporu: jeszcze przed końcem jutra część rządu zacznie sprzedawać korekty w ETS nie jako techniczny sukces negocjacyjny, lecz jako obronę parafialnych powiatów przemysłowych, a jeden z dużych pracodawców dołoży do tego objazdowe spotkanie w mieście diecezjalnym.