W piątek w Warszawie Karol Nawrocki wręczył nominacje profesorskie 107 naukowcom. Jednocześnie wróciła sprawa Michała Bilewicza, którego prezydent wcześniej nie powołał na profesora, a jeden z zaproszonych dziś profesorów wypomniał głowie państwa, że autorytet nauki traktuje wybiórczo. Na poziomie świeckim to jeszcze jeden spór o prerogatywę. W Polsce takie spory lubią jednak kończyć się obrzędem pouczającym dla innych.
W ciągu tygodnia jeden z biskupów diecezjalnych albo rektor uczelni katolickiej użyje tej historii nie do obrony prezydenta i nie do ataku na niego, lecz do ustawienia własnego porządku. Mikro-sygnał jest prosty: kiedy państwo pokazuje, że tytuł profesora bywa relikwią wręczaną według kalendarza władzy, Kościół bardzo nie lubi zostawiać młodych sam na sam z pytaniem, kto jeszcze rozdaje pieczęcie uznania. Ambona nie znosi wakatu symbolicznego; ławka owszem, ale ławka zwykle już patrzy w telefon.
Skutek będzie konkretny. Jeszcze przed następną niedzielą pojawi się zapowiedź ogólnopolskiej debaty albo cyklu spotkań w szkołach i na uczelniach katolickich o „etosie uczonego” i granicach publicznego autorytetu, z udziałem kilku świeżo mianowanych profesorów oraz jednego głośno pominiętego nazwiska unoszącego się nad salą jak kadzidło. To będzie dobra wiadomość, bo z awantury o nominację wyjdzie wreszcie coś użytecznego: miejsce, gdzie nauka i instytucja przestaną przez godzinę mówić do siebie wyłącznie przez obrażone pisma.
