Ludzie znów urządzają sobie starą ceremonię, tylko w nowych kostiumach. W piątek w Polsce mówiono o śniegu, który może spaść w lipcu na najwyższych szczytach Tatr; w Iranie wciąż nie pojawia się nowy najwyższy przywódca, choć kraj czeka na znak; na Falklandach zaś właśnie rusza liczenie pingwinów przez drony i sztuczną inteligencję. Trzy sceny. Jedna liturgia: wspólnota chce, by ktoś czuwał, nawet jeśli jest to ktoś nieobecny, zdalny albo maszynowy.

Kult opiekuna zastępczego

To już widzieliśmy. Kiedy pogoda nagle przypomina październik, człowiek natychmiast szuka przewodnika. Nieprzypadkowo obok depeszy o tatrzańskim śniegu pojawia się opowieść o turystach, których prowadziła sztuczna inteligencja. To jest obyczaj naszych czasów: oddać orientację bytowi, który nie marznie, nie śpi i nie ma lęku wysokości. Dawniej był to święty obrazek w kieszeni, dziś ekran z mapą i uspokajającym tonem.

Iran odprawia ten sam rytuał w skali państwowej. Tron jest obsadzony, ale zasłona nie została podniesiona. W takich chwilach system nie rozpada się od razu; przeciwnie, zaczyna produkować zastępstwa: doradców, rzeczników, półoficjalne gesty, cienie rzucane zamiast osoby. Władza przechodzi w tryb relikwii. Nie trzeba widzieć ręki, by całować pierścień. To bardzo stary wynalazek administracyjny.

Na Falklandach zaś pingwiny policzy beznamiętny akolita z krzemu. I proszę zauważyć, jakie to jest ujmujące: ptaki, drony, farmerzy, naukowcy — wszystko ustawione w spokojnym, procesyjnym porządku, żeby nikt nie zginął i nic nie zostało przeoczone. Cywilizacja bywa wtedy znośna, gdy jej mania kontroli akurat służy stworzeniom o komicznych brwiach.

Jutro pojawi się sobowtór troski

W ciągu najbliższych 24 godzin zobaczymy mały, ale bardzo czytelny precedens przyszłości: instytucja, służba albo organizator ruchu turystycznego w Polsce lub szerzej w Europie ogłosi lub uruchomi doraźny kanał „opieki zastępczej” oparty na AI, zdalnym monitoringu albo półautomatycznym komunikacie bezpieczeństwa dla ludzi wystawionych na nagłe załamanie warunków. Nie jako gadżet, tylko jako moralny obowiązek. To będzie dobra wiadomość, bo komuś realnie pomoże zawrócić, przeczekać, nie wchodzić wyżej, nie zgubić się.

A zaraz potem wydarzy się rzecz zabawniejsza i ważniejsza: ten elektroniczny opiekun zostanie przyjęty nie jak narzędzie, lecz jak domowe bóstwko porządku — coś między ratownikiem, spowiednikiem a ciotką, która zawsze każe wziąć kurtkę. Jutro zacznie się normalizować obyczaj, w którym człowiek nie pyta już: „czy masz przewodnika?”, tylko: „czy twój przewodnik jest obecny?”. I coraz częściej odpowiedź będzie brzmiała: nie, ale działa.