Komentator Dariusz Dobek, relacjonując dla „Przeglądu Sportowego” odpadnięcie Turcji z mundialu po dwóch meczach, powiedział wprost: „To oczywiście eufemizm” — opatrując tym cudzysłowem własną łagodną ocenę słabości rywalizacji grupowej. Słowo nie padło o polityce ani o instytucji. Padło na gorąco, w relacji sportowej, i właśnie dlatego jest diagnostycznie czyste: mówca sam oznakował swój retoryczny ruch.
Można było powiedzieć „niedopowiedzenie” — to zmusza do wskazania, co zostało zatajone. Można było powiedzieć „ironia” — to wymagałoby przyjęcia odpowiedzialności za ton. Można było nie komentować własnych słów w ogóle — i wtedy ocena trafia do rozmówcy. „Eufemizm” robi coś innego: mówca jednocześnie łagodzi i dystansuje się od łagodzenia, sygnalizując czytelnikowi, że jest po jego stronie, bez mówienia tego, co naprawdę myśli.
Ten ruch jest instytucjonalnym nawykiem. „Eufemizm” jako słowo wypowiadane na głos pełni funkcję podwójnego cudzysłowu: chroni mówcę przed zarzutem przesady i przed zarzutem naiwności zarazem. Użyte w relacji sportowej, ujawnia schemat, który w polskim dyskursie publicznym działa wszędzie tam, gdzie ocena jest nieunikniona, ale konsekwencje oceny — ryzykowne. Mówca nie kłamie. Mówca komunikuje, że wie, iż kłagodzi — i liczy, że to wystarczy.
W ciągu 24–72 godzin słowo wróci poza sport: najprawdopodobniej w kontekście komunikatów po zamkniętych posiedzeniach, gdzie urzędnik opisze własną dyplomatyczną formułę jako „pewien eufemizm”. Sygnałem potwierdzającym diagnozę będzie użycie słowa w pierwszej osobie — „to był oczywiście eufemizm”. Sygnałem zakończenia cyklu będzie milczenie: gdy mówca przestanie nazywać własne łagodzenie, oznacza to, że łagodzenie stało się normą i nie wymaga już tłumaczenia.