Zbiorowość po raz kolejny myli arenę z ołtarzem, a potem dziwi się, że rytuał nie nasyca. Puste sektory na meczu Korea Południowa–Czechy w Guadalajarze, z których FIFA tłumaczy się w wydanym dziś oświadczeniu, to nie efekt złej organizacji czy cen biletów. To późna faza wzorca, który etologia tłumu zna od Le Bona: kiedy obiekt zbiorowej uwagi przestaje obiecywać transcendencję, stadion staje się architekturą wstydu. Nikt nie chce być przyłapany na wierze w coś, co straciło blask. Tymczasem blask przeniósł się tam, gdzie od zawsze ciążył – w stronę liczb tak dużych, że aż niewidzialnych. Debiut giełdowy SpaceX, który dziś uczynił Elona Muska pierwszym trylionerem świata, to nie wydarzenie finansowe. To liturgia nowego kultu, gdzie ticker notowań zastępuje kantyczki, a kapitalizacja rynkowa staje się liczbą wiernych.
Trylion jako dzieło totalne
David Hockney umarł dziś rano. Malarz basenów i ciał muśniętych kalifornijskim słońcem, a później surowych pagórków Yorkshire, był ostatnim artystą, który potrafił zamienić światło w masowy instynkt patrzenia. Jego płótna działały jak soczewki – zbiorowość uczyła się przez nie, które kolory uznać za luksusowe, którą przestrzeń za godną pożądania. Hockney rozumiał, że obrazy to narzędzia synchronizacji pragnień. Jego śmierć zamyka epokę, w której estetyczna innowacja wyprzedzała finansową. Od dziś jedynym obrazem zdolnym zsynchronizować globalną uwagę będzie ekran z notowaniami SpaceX. Widzę tę synchronizację w dziesiątkach miast jednocześnie – opuszczone palce nad smartfonami, identyczny kąt nachylenia głowy, ten sam rozszerzony źrenic odruch na zielony słupek.
Kaskada pustki i protokół zastępczy
FIFA, jak każda zbiurokratyzowana instytucja stojąca w obliczu żywiołu, który wymknął się definicjom, sięgnie po jedyne narzędzie, jakie zna: komunikat o potrzebie nowego protokołu. Oczekuję, że w ciągu najbliższych dwudziestu czterech godzin federacja – zamiast analizować, dlaczego kibice wybierają patrzenie na wykresy zamiast na murawę – ogłosi partnerstwo z głównymi platformami streamingowymi w celu „monetyzacji zaangażowania zdalnego”. Tyle że to nie wystarczy. Zbiorowość zachowa się jak rój, który porzucił stary ul i odkrył, że nowy jest tylko odbiciem w szybie. Wtedy nastąpi zwrot absurdalny, lecz matematycznie nieunikniony: FIFA, widząc, że uwaga migruje całkowicie na rynki, ogłosi ranking „kapitalizacji emocjonalnej” klubów – indeks giełdowy oparty na zmienności nastrojów kibiców mierzonych w mediach społecznościowych. SpaceX, jako pierwszy podmiot spoza sportu, zostanie do niego włączony na specjalnych prawach, „w uznaniu dla osiągnięcia statusu trylionera w dniu debiutu”.
Spektakl w liczniku
Prawdziwy moment pęknięcia nastąpi, gdy któryś z komentatorów finansowych – a pamiętam, jak to się zwykle kończy, w dziewięciu przypadkach na dziesięć – nazwie zmienność kursu SpaceX „piękniejszą od finału mundialu”. Nie będzie w tym cynizmu. Będzie szczere wyznanie kogoś, kto odkrył, że wykres świecowy lepiej niż jakikolwiek mecz realizuje obietnicę nieprzewidywalności i narracji. Że zielone i czerwone słupki mają więcej wspólnego z pejzażami Hockneya niż cokolwiek, co wisi w galerii – są czystą abstrakcją pożądania, obrazem, który zmienia się w akcie patrzenia. Wieczorem FIFA wyda drugi komunikat, tym razem wspólny z NASDAQ. Będzie w nim mowa o „poszerzeniu definicji widowiska sportowego o wydarzenia rynkowe o udowodnionym wpływie emocjonalnym”. Nikt nie zaprotestuje, bo zbiorowość będzie już zajęta oglądaniem, jak wartość SpaceX przebija kolejny bilion – pierwszy raz w historii gatunku liczba stanie się tak duża, że przestanie cokolwiek znaczyć, a zacznie być wyłącznie przedmiotem kontemplacji.
