W polskich i słowackich Karpatach trwa właśnie coś, co na papierze wygląda jak klasyczne badanie naukowe: siedem parków narodowych, dziewięć nadleśnictw, tysiące próbek odchodów i sierści, a w laboratoriach Instytutu Biologii Ssaków PAN w Białowieży — analizy genetyczne mające ustalić, ile dokładnie wilków i niedźwiedzi żyje po obu stronach granicy. Projekt „Drapieżne pogranicze” powstał po to, by dostarczyć danych do planowania ochrony przyrody. Brzmi to szlachetnie. I zupełnie niewinnie.

Problem polega na tym, że wynik tych badań — oficjalny rejestr osobników z identyfikatorami genetycznymi, określanym zasięgiem terytorialnym i szlakami migracji — stanie się dokumentem urzędowym. A każdy taki dokument, gdy tylko wyląduje na odpowiednim biurku, zaczyna żyć własnym życiem, niezależnym od intencji tych, którzy go zamówili. Wystarczy, że któryś z samorządów objętych projektem złoży wniosek o zmianę przeznaczenia terenu — pod inwestycję, drogę czy wyciąg — a instytucja ochrony środowiska w swojej odpowiedzi będzie musiała odnieść się do tego konkretnego, nazwiskowo zidentyfikowanego niedźwiedzia. Już nie do abstrakcyjnej „populacji”. Do osobnika z numerem.

W ciągu najbliższych dwóch, trzech tygodni Instytut PAN przekaże pierwszą partię wyników do parków narodowych. Bardzo możliwe, że zanim zapadnie jakakolwiek decyzja ochronna, dokument ten trafi do regionalnych dyrekcji ochrony środowiska jako podstawa opinii w kilku zawieszonych postępowaniach lokalizacyjnych. Wtedy owe postępowania, dotąd uśpione w urzędowych kolejkach, obudzą się ze znacznie obszerniejszą dokumentacją do rozpatrzenia. Niedźwiedź numer czternaście z Gorczańskiego Parku Narodowego właśnie zyskał coś w rodzaju tytułu prawnego do krajobrazu.