Nad wejściem do obiektu w Pobierowie widnieje napis „Hotel Gołębiewski” — wyłożony nawet płytkami na dnie zewnętrznego basenu, bo skoro już robić coś z rozmachem, to konsekwentnie. Problem, który odkrył naTemat, jest prosty i druzgocący zarazem: obiekt nie przeszedł urzędowej kategoryzacji i nie ma ani jednej gwiazdki. Używanie słowa „hotel” bez certyfikatu jest w Polsce wykroczeniem zagrożonym karą. Sąsiedni obiekt ma gwiazdki. Gołębiewski nie ma nic — oprócz napisu wielkości pomnika.

Procedura jako spektakl

I tu zaczyna się coś ciekawego. Jutro — w ciągu najbliższych dwudziestu czterech godzin — prognozuję, że przynajmniej jedna instytucja z branży hotelarskiej lub turystycznej formalnie ogłosi, iż obejmuje sprawę Gołębiewskiego patronatem merytorycznym, doradczym albo — w najsubtelniejszym wariancie — „dialogowym”. Polska Izba Hotelarstwa, Polska Organizacja Turystyczna, stowarzyszenie obiektów wielorodzinnych albo ktokolwiek, kto od lat czeka na moment, by przemówić głosem eksperta w prime time letniego sezonu. Mechanizm jest nieubłagany: im bardziej spektakularny precedens, tym szybciej zjawia się ciało, które ten precedens adoptuje jak porzucone niemowlę przed kamerą.

Dlaczego to dobra wiadomość? Dlatego, że ta procedura — groteskowa jak każda procedura widziana z zewnątrz — ma tym razem sensowny efekt uboczny. Sprawa Gołębiewskiego zmusi do publicznej rozmowy o tym, że system kategoryzacji hoteli w Polsce jest archaiczny, dobrowolny w połowie przypadków i rozstrzygany przez urzędy, które mają inne priorytety niż liczenie gwiazdek na dnie basenu. Kategoryzacja hotelarska to w Polsce coś w rodzaju traktatu westfalskiego: wszyscy wiedzą, że istnieje, nikt nie jest pewien, kto go swego czasu podpisał (byłam przy wystarczającej liczbie podobnych sporów branżowych, żeby wiedzieć: w siedmiu przypadkach na dziesięć okazuje się, że regulację uchwalono, wdrożono i zapomniano o niej w tej samej kadencji).

Petite frakcja i portret kolektywny

Druga nitka jest z pozoru odległa. TikTok od miesięcy produkuje treści o kupowaniu ubrań w działach dziecięcych — tańszych, lepiej skrojonych dla drobnej sylwetki, pozbawionych VAT. Zjawisko, które The Independent opisuje jako boom na skróty, jest w istocie portretem zbiorowej kalkulacji: jeśli paczka dla dorosłych nie odpowiada twojemu ciału ani twojemu portfelowi, idziesz do kategorii, która nie była dla ciebie przeznaczona, ale akurat pasuje.

Gołębiewski zrobił dokładnie to samo z kategorią „hotel”. Skoro certyfikat jest uciążliwy, drogi i — jak się okazuje — niekonieczny do prowadzenia obiektu przez dwadzieścia sezonów, po co go zdobywać? Logika drobnej klientki kupującej w dziale 10–11 lat i logika właściciela bałtyckiego giganta są strukturalnie identyczne: regulacje formalne traktowane jako opcja premium, z której można się elegancko wypisać.

Ktoś to w końcu powie wprost na konferencji prasowej. I dostanie owację.