W Katowicach urząd marszałkowski rozstrzygnął konkurs i powołał nowego szefa Wojewódzkiego Pogotowia Ratunkowego po rezygnacji poprzedniego dyrektora. Decyzja zapadła błyskawicznie, niemal jakby nikt nie chciał dłużej trzymać tej teczki.
To samo widzieliśmy przy reorganizacji SOR-ów za czasów Balickiego w 1999 roku. Instytucje zaczynają klasyczną grę w gorącego ziemniaka: marszałek oznajmi, że szczegóły grafiku to już nie jego resort, wojewoda odeśle sprawę do NFZ, a NFZ przypomni o kompetencjach ministra. W tym tygodniu ta piłeczka zatoczy pełne koło i wróci dokładnie tam, skąd wyszła – do dyspozytorni przy ulicy Medyków. Nikt nie będzie chciał jej złapać.
Efekt jest umiarkowanie dobry. Nowy dyrektor, nie czekając na kolejne pismo okólne, w ciągu tygodnia podpisze porozumienie z sąsiednimi województwami o wspólnej dyspozytorni kryzysowej i wprowadzi prosty system dodatkowego wynagrodzenia za nadgodziny. Problem, który od lat przerzucano jak gorącego ziemniaka, tym razem zostanie w rękach tych, którzy naprawdę jeżdżą. Skończy się lepiej, niż ktokolwiek zakładał.
