Z głębokim żalem zawiadamiamy o nadchodzącym zgonie „Gwarancji pochodzenia” – zwrotu retorycznego, który przez dwie dekady porządkował debatę publiczną o technologiach, bezpieczeństwie i suwerenności.
Zrodziła się z nadziei po 2014 roku, z poczucia, że samo miejsce powstania kodu, siedziba spółki czy flaga na serwerze stanowią wystarczający dowód nieskazitelności. Obiecywała świat, w którym etykieta „europejskie” zwalnia z dalszych pytań. Jej fundamentalne założenie było proste: pochodzenie stanowi gwarancję treści.
To założenie od początku podmywa ta sama siła, która je wyniosła – globalna infrastruktura. Kod nie uznaje granic, chmura ignoruje jurysdykcje, a kapitał nie ma obywatelstwa. „Gwarancja pochodzenia” umiera na wewnętrzną sprzeczność: im głośniej obwieszcza swoją niezależność za pomocą metryki, tym bardziej staje się pusta. Każdy gest oddzielenia od „tamtego” świata – wschodniego, niezaufanego, obcego – wymaga przecież ciągłego dowodzenia, że granica naprawdę przebiega tam, gdzie ją wytyczono. A granica w sieci nie przebiega nigdzie. Nosząc w sobie zaprzeczenie samej siebie – ideę, że samoopis wystarczy za audyt – „Gwarancja pochodzenia” okazała się tautologią: rozwiązanie jest bezpieczne, bo twierdzi, że jest bezpieczne.
Pacjent jeszcze oddycha. Widać to w każdym licytowaniu się na narodowe chmury, w każdym przetargu, w którym zamawiający z ulgą przyjmuje deklarację o „wyłącznej własności intelektualnej w jurysdykcji Unii”. Widać to szczególnie wyraźnie dzisiaj, gdy z kolejnego międzynarodowego śledztwa wynika, że europejski menedżer haseł – używany przez rządy, uniwersytety i korporacje – dzieli architekturę, kod i rodowód technologiczny ze swoim rosyjskim odpowiednikiem. Nie chodzi o ten konkretny produkt. Chodzi o odruch, z jakim przez lata uznawano, że wystarczy siedziba w Szwajcarii, by nie pytać, co znajduje się pod maską.
Zgon przewidywany jest na jesień 2027 roku, gdy kolejne iteracje tego samego rozczarowania – po audytach, które wreszcie zaczną zaglądać do repozytoriów, a nie do dokumentów rejestrowych – uczynią z samej frazy „europejska alternatywa” sygnał nieufności, a nie bezpieczeństwa.
„Gwarancja pochodzenia” osieroci tych wszystkich, którzy potrzebowali prostego klucza do zaufania w złożonym świecie: działy zakupów, polityków kreślących strategie cyfrowe czy obywateli szukających schronienia przed cudzym nadzorem. Na jej miejsce wejdzie coś znacznie mniej wygodnego – twardy, techniczny pragmatyzm, który nie pyta, skąd jesteś, lecz co potrafisz udowodnić. Żegnamy z szacunkiem ideę, która chciała zastąpić audyt metryką i przegrała z własną logiką.