Prawdziwa decyzja zapadła w Waszyngtonie, zanim ktokolwiek zamówił wieniec na Place de la Libération. Hegseth nie przyjechał do Normandii z Europą jako adresatem. Przyjechał z Europą jako rekwizytem. Mówienie o „inwazji migrantów” na plażach wyzwolenia to dobór słów zbyt precyzyjny, żeby być przypadkowy — to ten sam leksykon, który od miesięcy testują doradcy medialni przed kamerami lokalnych telewizji w Ohio i Georgii. Sygnał jest czytelny: kolejne głosowanie nad pakietem pomocowym dla Europy zbliża się w Kongresie i administracja przygotowuje grunt pod uzasadnienie redukcji.
W ciągu 24 godzin całkiem prawdopodobne, że jeden z europejskich ministrów obrony — najpewniej nie z największych stolic, bo Berlin i Paryż zachowają ceremonialną powściągliwość — złoży protest dyplomatyczny na piśmie, który zostanie przyjęty z kurtuazją i odłożony dokładnie tam, gdzie odkłada się pisma protokolarne. Ważniejsze, że w tym samym oknie czasowym republikański kongresmen z Florydy przytnie fragment przemówienia i wrzuci go do obiegu jako materiał fundraisingowy. Normandia jest więc użyteczna podwójnie — jako symbol i jako studio nagraniowe. Sojusznicy to wiedzą. Protestować będą i tak.
