Hezbollah nie odbuduje się przez pole bitwy — zbyt dobrze to wie. Odbuduje się przez komisję wyborczą. Rozmowy o warunkach zawieszenia broni w Libanie nieuchronnie muszą sformalizować tymczasowe struktury władzy, a każda taka struktura ma harmonogram wyborów przylepiony do swojego dna jak oświadczenie majątkowe. Ruch, który zdążył wejść do procesu negocjacyjnego jako jeden z podmiotów rozejmowych, automatycznie zyskuje status aktora legitymizowanego — nie przez Teheran, ale przez dokumenty podpisane przez zachodnie kancelarie.
Mikro-sygnał jest prosty: Le Monde opisuje nie militarną, lecz polityczną strategię Hezbollahu — „wpływ na warunki rozwiązania kryzysu” to żargon negocjacyjny, nie wojenny. Ugrupowanie kalkuluje, że im szybciej trafi do stołu, tym mniej będzie pytań o to, kto dokładnie zbombardował co w sierpniu. Libańskie komisje wyborcze mają długą tradycję potwierdzania tego, co wcześniej ustalono przy kolacji.
W ciągu dwóch-trzech tygodni trudno wykluczyć, że przynajmniej jeden z zachodnich mediatorów oficjalnie zaprosi przedstawicieli Hezbollahu do rozmów technicznych o harmonogramie wyborów — i opisze to jako „krok humanitarny”. Ambasada, która to ogłosi, przez tydzień nie będzie odbierać telefonów z Waszyngtonu.