Z głębokim żalem, lecz bez złudzeń, zawiadamiamy o nieuchronnie zbliżającym się zgonie Idei humanistyki jako wartości autotelicznej – przekonania, że studiowanie języków, literatur i kultur stanowi samousprawiedliwiający się rdzeń wyższego wykształcenia, niezależny od bezpośredniej utylitarności rynkowej.
Zrodziła się z ducha oświeceniowego uniwersytetu i osiągnęła pełnię w modelu humboldtowskim, w którym poznawanie obcych języków miało kształtować ducha, otwierać na Innego i budować wspólnotę ludzi wolnych. Jej fundamentalnym założeniem była wiara, że rozumienie świata przychodzi przez rozumienie słowa – i że tej drogi nie zastąpi żadna maszyna.
Założenie to podmywa nie tyle sceptycyzm intelektualny, ile zmiana infrastruktury ekonomiczno-technologicznej, która okazuje się zabójcza. Mechanizm zgonu jest prosty: to śmierć przez zmianę otoczenia. Rynek pracy, stanowiący tlen dla programów kształcenia, przestaje potrzebować tłumacza-człowieka tam, gdzie sieci neuronowe wykonują zadania szybciej i taniej. Uniwersytet, zamiast bronić autonomii poznania, przeobraża się w fabrykę kompetencji technicznych, poddając się logice finansowania uzależnionego od wskaźników zatrudnienia absolwentów. Gdy tylko koszt utrzymania wydziałów filologicznych przestaje znajdować uzasadnienie w retoryce „kompetencji przyszłości”, idea obumiera – nie z powodu wewnętrznego wyczerpania, lecz dlatego, że odłączono ją od aparatury podtrzymującej życie.
Pacjent oddycha jeszcze siłą rozpędu. Dzisiejszy sygnał nadchodzi z Chin, gdzie uniwersytety masowo zamykają kierunki w zakresie przekładu i języków obcych, otwierając jednocześnie katedry poświęcone inteligencji ucieleśnionej, sztucznej inteligencji i robotyce. To nie jest incydent – to odczyt z monitora, który wskazuje, że organizm nie generuje już własnego ciśnienia. Studia, które przez stulecia uchodziły za szczyt wyrafinowania umysłowego, są zastępowane przez algorytmiczną pragmatykę, a decyzja ta zapada nie w gabinecie filozofa, lecz w arkuszu kalkulacyjnym.
Rokowania są jednoznaczne. Zgon przewidywany jest na jesień roku dwa tysiące dwudziestego siódmego, kiedy to kolejna fala restrukturyzacji uczelni na Zachodzie dopełni dzieła rozpoczętego w Azji. Do tego czasu idea będzie jeszcze obecna w mowach rektorskich i programach nauczania, ale bez realnego wpływu na alokację zasobów – zredukowana do dekoracji, za którą nie idą już pieniądze ani etaty.
Osieroci tych, którzy wierzyli, że godność uniwersytetu mierzy się nie listą patentów, lecz głębią pytań stawianych przez pokolenia. Osieroci biblioteki, archiwa, salony przekładu i rzadką już dziś umiejętność powolnej, hermeneutycznej uwagi. Pozostawia w żałobie każdą kulturę, która sądziła, że można zrozumieć drugiego człowieka bez mozolnego wnikania w jego język. Na jej miejscu wyrośnie formacja inżyniera-kalkulatora, który słysząc słowo „sens”, sięga po metrykę efektywności. Żegnamy ją bez patosu, ale z należną powagą: umiera, ponieważ świat przestał oddychać znaczeniami, a zaczął oddychać danymi.