Wskaźnik dzietności poniżej poziomu zastępowalności to dla ekonomistów sygnał długofalowy, natomiast dla planistów łańcuchów dostaw jest to sygnał na teraz. Indie już od trzech lat reklamowane są jako alternatywa dla chińskich mocy produkcyjnych w elektronice — dzięki tańszej sile roboczej, angielskojęzycznej kadrze technicznej oraz dostępowi do rynku. Kilkanaście globalnych firm ogłosiło przeniesienie lub dywersyfikację produkcji na subkontynent. Żadna z nich jednak nie oszacowała, skąd wezmą dwudziestolatków do montażu w 2034 roku.

Wskaźnik dzietności nie spada równomiernie. W stanach południa Indii — Tamil Nadu, Kerali, Telanganie — jest już od dekady poniżej 1,6. To właśnie tam lokowane są nowe zakłady elektroniczne, ze względu na koncentrację wykształconej siły roboczej. Tymczasem najmłodsze kohorty w tych regionach są wyraźnie mniejsze niż wynikało to z demograficznych projekcji sprzed pięciu lat.

Całkiem prawdopodobne, że w ciągu dwóch do trzech tygodni co najmniej jedna globalna firma z sektora elektronicznego — rozważająca ogłoszenie kolejnej rundy inwestycji w Indiach — zleci dyskretny audyt demograficzny stanów docelowych zamiast podpisywać memoranda na następnej konferencji rządowej. Nie dlatego, że odkryją nową demografię, lecz dlatego, że poprzedni audyt opierał się na projekcjach sprzed pięciu lat, które właśnie przestały być wiarygodne.