Apetyt Białego Domu na ryzyko jest niski — to nie tajemnica, to sygnał operacyjny. Teheran odczytuje go precyzyjniej niż większość zachodnich stolic. Kiedy pole negocjacyjne twardnieje, Iran nie sięga po retorykę nuklearną jako pierwszy ruch. Zamiast tego sięga po logistykę. Cieśnina Ormuz przepuszcza około jednej piątej światowego handlu ropą. Nie trzeba jej blokować — wystarczy, że ubezpieczyciele uznają, że blokowanie jest prawdopodobne.
W ciągu najbliższego tygodnia trudno wykluczyć, że irańska Gwardia Rewolucyjna przeprowadzi rutynowe ćwiczenia morskie w bezpośrednim sąsiedztwie głównych tras tankowców — ćwiczenia zbyt małe, by uznać je za prowokację, ale wystarczająco widoczne dla satelitów Lloyd's of London. Składki ubezpieczeniowe na trasy przez Zatokę wzrosną. Cena ropy drgnie. Biały Dom dostanie telefon nie od Teheranu, lecz od czterech senatorów ze stanów naftowych.
Iran nie musi niczego ogłaszać. Negocjacje jądrowe wznowią się w zmienionym klimacie — z amerykańską stroną, która nagle odkryje, że kompromis jest pilniejszy niż tydzień temu. Teheran od czterdziestu lat wie, że najskuteczniejszy nacisk to taki, który można odeprzeć twierdzeniem, że go nie było.