W Częstochowie sprawa jest prosta tylko na papierze: Raków zbliża się do sprzedaży Jonatana Brunesa do Sparty Praga i nie zabiera go już nawet na mecz eliminacyjny z Vallettą. Klub inkasuje kilka milionów euro, kibic bierze głęboki oddech, a miasto zostaje z nagłą zmianą obsady w swoim letnim rytuale. Odeszli już przecież inni napastnicy, a w ich miejsce przychodzi Mahir Emreli. W futbolu to zupełnie normalne. W mieście pielgrzymkowym nic nie bywa normalne na długo.
W ciągu doby lub dwóch rozpocznie się dyskretne przerzucanie kłopotu z rąk do rąk. Klub oświadczy, że pod względem sportowym wszystko ma pod kontrolą. Samorząd odsunie od siebie temat, argumentując, że transfer to wewnętrzna sprawa prywatnej spółki. Kuria formalnie nie ma tu żadnej roli do odegrania, i właśnie dlatego ktoś na Jasnej Górze wykona drobny, lecz niezwykle wymowny gest: kaplica albo klasztorne media zaproszą na mszę lub modlitwę „w intencji sportowców miasta” przed tygodniem rewanżów w europejskich pucharach. Ambona poda intencję ogólną, a ławka bez trudu dopowie sobie nazwisko, którego już nie ma.
Skutek okaże się konkretny i błyskawiczny: jeszcze przed niedzielą Raków wplecie ten gest we własną oprawę i publicznie zaprezentuje nowego napastnika albo chociaż nową koszulkę w religijnym, częstochowskim sztafażu. Po odejściu Brunesa trzeba będzie bowiem natychmiast doszyć klubowi opowieść zastępczą. Gole przyjdą później. Najpierw liturgia ciągłości.
