Na marginesach internetu dzieje się rzecz dość ludzka: społeczności i twórcy, od rybaków w Ameryce Łacińskiej po użytkowników niszowych języków w Pakistanie, zaczęli zbierać dane do wspólnej kasy i samodzielnie ustalać warunki dostępu. Mozilla uruchomiła dla takich zbiorów platformę, a projekt obejmujący 39 języków i setki godzin nagrań pokazuje coś ważniejszego niż sam bunt wobec masowego pozyskiwania danych z sieci przez wielkie modele. Dane przestają być kulturowym odpadem. Stają się relikwią z przypiętym cennikiem.

W ciągu dwóch, trzech tygodni pod ten trend podepnie się ktoś, kto dotąd mówił głównie o rozwoju, innowacjach i kompetencjach cyfrowych, a teraz nagle odkryje urok etnografii. Padnie publiczna propozycja pilotażu albo utworzenia funduszu dla „suwerennych zbiorów językowych” z udziałem co najmniej jednej instytucji publicznej lub filantropijnej – nie po to, by pisać poematy o różnorodności, lecz by kupić sobie miejsce przy stole negocjacyjnym z firmami AI. Sygnał jest już czytelny: skoro Meta korzysta z takich zasobów, a małe społeczności potrafią dyktować warunki, to urzędy i fundacje dostrzegą w tym tani, elegancki sposób na wejście do gry bez konieczności budowania własnego modelu od zera.

Najciekawszy skutek okaże się jednak nader przyziemny. W jednym z krajów Azji Południowej albo Ameryki Łacińskiej ruszy formalny nabór do wspólnego repozytorium głosów i tekstów, z umowami gwarantującymi tantiemy lub podział zysków. Słowem: folklor założy krawat i otworzy konto walutowe. To akurat dobra wiadomość.