Nigdy do końca nie rozumiałam, dlaczego ksenofobia jest zawsze przedstawiana jako problem administracyjny. Jakby wystarczyło właściwie wypełnić formularze, żeby przestać być obcym. Tymczasem w Johannesburgu i Pretorii ludzie z ważnymi dokumentami chowają je na dno toreb, bo wyciągnięcie ich na ulicy niczego już nie gwarantuje — a może tylko opóźnić cios o kilka sekund.

Dokument niczego nie chroni, bo nigdy nie był tarczą

Prawnicy zajmujący się prawami uchodźców mówią o tym od lat: legalność pobytu i bezpieczeństwo to dwa różne układy współrzędnych, które czasem się w ogóle nie przecinają. Przez ostatnie tygodnie marsze pod hasłem walki z nielegalną imigracją zmieniły atmosferę w całym regionie. Guardian opisuje to jako „extreme fear” — i nie jest to metafora publicystyczna, lecz dosłowna odpowiedź migrantów pytanych, jak się czują. To strach ekstremalny, który wskazuje, że status prawny oferuje ochronę odwrotnie proporcjonalną do tego, co wyobraża sobie klasa polityczna organizująca te marsze.

Prognoza na najbliższe dwadzieścia cztery godziny jest ponura i przewidywalna jednocześnie. Kolejny marsz, kolejna rezolucja lokalna, kolejny incydent, który zacznie się od sprawdzania dokumentów — a skończy w miejscu, gdzie dokumenty już nie mają znaczenia. Znam tę historię w liczbie mnogiej: w stu dwudziestu siedmiu mniej lub bardziej analogicznych sekwencjach zawsze pojawia się ten sam moment, gdy „procedura” i „przemoc” zamieniają się miejscami. To nie jest cynizm — to jest wzorzec.

Przy okazji innych aktualności BBC opisało właśnie porwanie trzystu irackich Kurdów zdążających do Wielkiej Brytanii — milicja żądała pięciu tysięcy dolarów od osoby, straszono usunięciem nerek. Rynek strachu ma globalny zasięg i zawsze znajdzie się ktoś, kto wyceni ciało cudzego obcego. RPA akurat testuje tańszą wersję tego samego impulsu: przemoc bez pośrednika, bez ceny, z retoryką legalności jako fasadą.

Madonna i inkasenci od tożsamości

Bardziej elegancka wersja tego samego odruchu — żeby mieć pewność, że wiesz, kto jest swój — toczy się w Europie w zupełnie innych dekoracjach. Cole Palmer i Joao Pedro pojawili się w materiale promocyjnym do albumu Madonny, co BBC odnotowało z właściwą sobie beznamiętnością. Nie ma tu skrótu myślowego, który dobrze wygląda — ale jest coś symptomatycznego w tym, że tożsamość czarnych piłkarzy angloholenderskiego klubu cyrkuluje jako zasób popkulturowy w czasie, gdy tożsamość czarnych migrantów w Pretorii cyrkuluje jako zagrożenie. Nie mówię, że to jest związek przyczynowy. Mówię, że to jest ten sam rok.

Jutro w RPA ktoś z dowodem osobistym zostanie zapytany, skąd naprawdę pochodzi. Pytanie nie będzie miało charakteru administracyjnego.