Projekt traktatu odrzucający standardy reprodukcyjne nie trafił na wokandę dlatego, że afrykańskie rządy nagle odkryły wspólną filozofię rodziny. Trafił tam, bo Addis Abeba potrzebuje narzędzia przetargowego wobec zachodnich donatorów, a Akra chętnie użyczyła sali konferencyjnej. Prawdziwa decyzja o kształcie dokumentu zapadła kilka tygodni temu w rozmowach między kilkoma stolicami subsaharyjskimi a delegacjami, które nie pojawiają się w protokołach — nieprzypadkowo traktat nabrał tempa dokładnie wtedy, gdy Waszyngton po raz kolejny zamroził transfery dla WHO.

Co zaskakujące, a całkowicie możliwe w ciągu 24 godzin: co najmniej jeden kraj dotychczas milczący — kandydat do miana sygnatariusza — wycofa swoje wstępne poparcie nie pod presją organizacji praw człowieka, lecz pod presją własnego banku centralnego. Zagraniczne linie kredytowe warunkowane są klauzulami o prawach podstawowych, a compliance officer w banku rozwoju nie pyta o kulturę — pyta o ekspozycję reputacyjną. Organizacje praw człowieka dostaną swój protest. Ale rzeczywistą szczelinę w koalicji otworzy ktoś w garniturze, nie w koszulce z hasłem.