„Gazeta Wrocławska” pokazała we wtorek, jak wyrosły córki Michała Wiśniewskiego. Fabienne, dziewiętnastolatka, studiuje już na ASP, Etiennette i Vivienne wciąż chodzą do szkoły, a wszystkie trzy konsekwentnie zaznaczają swoją obecność w internecie. Ojciec szóstki dzieci, znany z pięciu małżeństw, chętnie zresztą wystawia je na widok publiczny.

Patrzcie państwo. Mikrosygnał jest prosty: nastolatki same prowadzą swoje profile, a to od razu uruchamia nasz stary, polski odruch instytucjonalny, który doskonale pamiętamy jeszcze z czasów pierwszych medialnych dzieci z początku lat dwutysięcznych. Nikt nie chce być tym, kto wyjdzie przed szereg i orzeknie, ile selfie córki gwiazdora to już przesada. W ciągu dwóch, trzech tygodni dyrekcja którejś ze szkół najprawdopodobniej wystosuje do kuratorium pismo z wyjaśnieniem, że promocja wizerunku nie należy do kompetencji placówki oświatowej. Kuratorium, rzecz jasna, odeśle sprawę do resortu, resort napisze okólnik, a okólnik gładko wróci na biurka dyrektorów. Koło się zamknie, wszyscy zachowają twarz, a obyczaj konsumpcji cudzych córek będzie mógł trwać w najlepsze. Skończy się to wszystko, jak zwykle w takich wypadkach, umiarkowanie biurokratycznie.