Trójmiejskie uczelnie przeżywają oblężenie. Na najpopularniejszych kierunkach o jeden indeks walczy w tym roku nawet czterdziestu kandydatów. To efekt kumulacji roczników po dawnych reformach edukacji – na rynek trafiło nagle sześćdziesiąt tysięcy dodatkowych maturzystów. Matematyka jest bezwzględna. Na każdą zadowoloną rodzinę przypada trzydzieści dziewięć takich, które muszą na szybko wytłumaczyć znajomym edukacyjną przerwę swoich dzieci.
Aspirująca klasa średnia nie znosi próżni, więc szybko zamieni brak indeksu w obyczajowy spektakl. Już w niedzielny poranek, 19 lipca, internetowe grupy zrzeszające trójmiejskich rodziców zaleje nowa, ochronna nowomowa. Odrzucenie podań zostanie masowo przemianowane na prestiżowy „gap year” i poszukiwanie życiowej ścieżki poza systemem. Zamiast ukrywać dzieci w domach, rodziny z dumą wyślą je na rzekomo formacyjne staże życiowe, ratując w ten sposób własny status.
Wyjdzie z tego czysty pracowniczy konkret. Do poniedziałku nadmorska gastronomia, sopockie smażalnie i gdyńskie magazyny niespodziewanie wchłoną setki rąk do pracy. Młodzi ludzie zedrą buty na twardym betonie i poznają wagę dniówki, a zdesperowana przed szczytem sezonu branża wreszcie zapełni luki w grafikach. Biurokratyczny zator na uczelniach wykreuje najzdrowszy trend lata – tłum nastolatków, który zamiast siedzieć u rodziców na garnuszku, weźmie się za fizyczną robotę.
