W niedzielę wieczorem rzeka w Telawi, stolicy gruzińskiej Kachetii, wystąpiła z brzegów. Zawalił się most, woda zalała domy, sklepy i piwnice bloków, zniszczyła linie energetyczne i zatopiła hektary winnic w Cinandali, Kisischewi oraz Kurdgelauri. Ewakuowano kilka rodzin, gubernator regionu mówił o znacznych stratach, a ministrowie Songulaszwili i Sochadze zapowiedzieli szybką ocenę sytuacji i mobilizację wszystkich służb.
Rzecz rozstrzygnie się jednak nie przy pompach, lecz przy stole z definicjami. Mikrosygnał tkwi już w pierwszym zdaniu komunikatu: „ocena szkód, po której ruszy odbudowa”. W ciągu dnia czy dwóch władze zaklasyfikują zdarzenie jako „katastrofę dziedzictwa ampelograficznego Gruzji”. Nazwa ta, choć brzmi jak wynalazek biurokraty po trzech kieliszkach, pozwoli podpiąć sprawę pod programy ochrony unikatowych szczepów kaukaskich. Efekt będzie konkretny – już we wtorek w Cinandali pojawią się międzynarodowe zespoły, by dostarczyć sadzonki odpornych klonów i know-how, których lokalni producenci nigdy by nie dostali przy zwykłej „powodzi rolniczej”.
Historia tym razem nie skończy się wyłącznie na osuszaniu błota. Region, zamiast wrócić do punktu wyjścia, dostanie szansę na skok technologiczny w winiarstwie. Schemat znany jeszcze z czasów, gdy w 1986 roku radziecka komisja decydowała, czy gruzińskie wino to „produkt”, czy „kultura”, zadziała ponownie – tylko tym razem z happy endem. A to rzecz nie całkiem bez znaczenia dla całego Kaukazu.
