Do niedawna sukces pachniał nadgodzinami. Dziś coraz częściej wolnym weekendem – odnotowuje „Rzeczpospolita”, a sygnał ten jest mocniejszy, niż się wydaje. Nie chodzi o zmianę nastroju w ankietach, lecz o to, że ludzie zaczęli realnie odmawiać dodatkowych dyżurów. W centrach usług wspólnych i firmach IT zapanowała moda na wychodzenie z biura o 17:00 – i nie jest to cicha rezygnacja, tylko manifest. Ktoś wreszcie policzy tych ludzi.

Bardzo możliwe, że w ciągu najbliższego tygodnia grupa inicjatywna z warszawskiego Mordoru ogłosi pikietę pod hasłem prawa do odłączenia – nie przez związek zawodowy, którego tam po prostu nie ma, lecz przez samoorganizację na platformie do zarządzania projektami. Kilkaset osób z laptopami pod pachą, gotowych stracić dniówkę za coś, czego związki nie zdążyły jeszcze nazwać. Jeśli do akcji dołączą pracownicy dwóch dużych korporacji z Krakowa i Wrocławia, które już teraz mają problem z utrzymaniem młodych talentów, przed biurowcami pojawią się pierwsze transparenty pisane wprost w Excelu.

Nikogo nie zdziwi, jeśli pod koniec dnia jeden z najemców powierzchni komercyjnej wyda oświadczenie, w którym „z szacunkiem odnosi się do głosu swoich ludzi” – zanim jakikolwiek urząd zdąży oficjalnie nabrać wody w usta. To będzie ten moment, w którym HR-owcy wyprzedzą polityków o dobre cztery godziny.