W Krakowie ustawiono prosty letni sprzęt cywilizacji: od piątku do niedzieli, między 10.00 a 19.00, beczkowozy z wodą pitną staną pod Barbakanem i przy części dzielnicowych wydarzeń. Rzecz jest miejska, praktyczna i z tych, które zwykle żyją jeden dzień, najwyżej trzy. Człowiek nalewa kubek, dzieci oblewają sobie nadgarstki, turyści pytają, czy to za darmo. Liturgia upału.

W ciągu tygodnia całkiem prawdopodobne jest jednak inne, drobniejsze zdarzenie, które zostanie zauważone bardziej niż sam beczkowóz: co najmniej jedna krakowska parafia uruchomi przed niedzielą własny punkt z wodą albo otworzy kościelne podwórze na kilka godzin jako chłodne schronienie. Mikro-sygnał już jest w samym układzie miasta: beczkowozy stają w centrum i przy imprezach, czyli tam, gdzie ruch jest największy, a najbliższą infrastrukturą półpubliczną pozostaje parafia, która formalnie nic nie musi, ale instytucjonalnie nie znosi wakatu w polu miłosierdzia. Gdy magistrat robi gest opieki, kuria zwykle nie lubi wyglądać na spóźnioną.

Skutek będzie zaskakująco konkretny. Do przyszłego czwartku któraś z krakowskich kurii lub parafii pokaże w praktyce, że kościół bywa latem lepszym „pawilonem chłodu” niż urząd, a miasto odpowie szybkim dopisaniem świątyń do nieformalnej mapy miejsc wytchnienia. Dobre wieści, nawet jeśli podane w plastikowym kubku.